Tytuł oryginału: Under the Never Sky
Autor: Veronica Rossi
Liczba stron: 268
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte



Przyszłość. Ziemia nie wygląda już tak jak kiedyś: rozwinięte technologicznie miasta sąsiadują z dzikimi terenami zniszczonymi przez śmiertelnie niebezpieczne burze eterowe. W ochronie przed nimi, miasta oddzielone są od reszty świata kopułami, co ma dawać mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa. Wszystko jest pięknie, dopóki nie zostanie się wygnanym...

Tak jak Aria, główna bohaterka książki. Mieszka ona w Reverie - jednym z owych nowoczesnych miast odizolowanych od niebezpiecznego świata kopułami. Ludzie nie mają tam zbyt dużo ciekawych zajęć do roboty, dlatego też stworzyli Wizjery: urządzenia, dzięki którym mogą się przenosić do wirtualnej rzeczywistości, i tam spędzać wolny czas (czy tylko mi Wizjery kojarzą się z Google Glass?). Dziewczyna jest posłuszna i nie sprawia kłopotów... Do czasu. Pewnego dnia, zmartwiona tym, co dzieje się z jej matką, która wyjechała do innego miasta pracować nad badaniami, razem ze znajomymi włamuje się do zakazanej strefy kopuł, aby nawiązać kontakt z mamą. Niestety, nie uchodzi jej to płazem: ma miejsce wypadek, za który z powodu nieporozumienia zostaje obwiniona i wygnana poza miasto, gdzie jej szanse na przeżycie są bardzo znikome. Tam na jej drodze staje Perry: Dzikus (mieszkańcy kopuł nazywają tak ludzi żyjących poza kopułami), który chce uratować uprowadzonego przez ludzi z kopuł bratanka. Mimo że bohaterowie - przynajmniej początkowo - nie pałają do siebie sympatią, zawierają sojusz, i starają się pomóc sobie nawzajem.

Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, naprawdę lubię antyutopie. Lubię ten gatunek powieści chociażby dlatego, że potrafi otworzyć nam oczy na to, jak może w przyszłości wyglądać nasz świat, jeśli dalej będziemy go zaniedbywać. A chyba nikt nie chce mieszkać w świecie przedstawianym w powieściach antyutopijnych powieściach. Książka Przez Burze Ognia zaintrygowała mnie także pomysłem na fabułę, która trochę skojarzyła mi się z moim pomysłem na dystopijne opowiadanie. Gdy wreszcie dobrałem się do książki - jak zawsze - starałem się patrzeć na nią pozytywnie. Niestety, nie zawsze dawałem radę...

Punkt pierwszy: irytująca bohaterka. Chwilami naprawdę nie wiedziałem, o co jej chodzi. Często próbowała utrzeć nosa Perry'emu, i nieważne było, czy to ona ma rację, czy on. A z racji tego, że to właśnie Perry żył poza kopułami, głównie właśnie on miał rację w różnych kwestiach. Jedynym plusem, który mogę dać tej dziewczynie jest jej przemiana pod wpływem środowiska, w jakim się znalazła, którą zauważyć można dopiero pod koniec książki. I to tyle jeśli chodzi o moją sympatię do Arii.

Po drugie: niecodzienne zdolności bohaterów. Niektórzy z Dzikusów mają specjalne dary, które czynią ich wyjątkowymi. Przykładowo, Perry potrafi rozpoznawać emocje za pomocą węchu oraz dobrze widzieć w ciemności. Wydaje mi się, że motyw "magicznych" zdolności autorka mogła sobie darować, bo moim zdaniem antyutopie powinny poruszać czytelnika swoją realistycznością (typu: "Rety, to naprawdę może się zdarzyć, jeśli czegoś nie zrobimy!"), a takie uzdolnienia u ludzi tylko umacniają w nas wrażenie, że "to tylko fikcja". Dochodzi do tego oczywiście fakt, że główna bohaterka niespodziewanie zostaje obdarzona jedną z "super mocy", co wydaje mi się bardzo naciągane.

Trzecia sprawa: zakończenia rozdziałów. Nie wiem jak wy, ale nie lubię, gdy rozdział kończy się bez jakiejś puenty, jakiegoś zaskakującego wydarzenia, czegokolwiek. Tu rozdziały w większości kończą się... nijak. To tak jakby ktoś kończył każdy rozdział zakończeniem dnia, choć oczywiście tu to tak nie działa. W każdym razie brak elementów zaskoczenia na zakończenie rozdziału = nuda. Przynajmniej dla mnie.

Żeby nie skreślać całkowicie tej książki, wspomnę może o pozytywach, co? Zacznijmy może od tego, jak Veronica Rossi potrafi ukazywać emocje bohaterów. A robi to naprawdę dobrze! Czy to dialogi, czy opisy przeżyć, jesteśmy w stanie naprawdę poczuć strach Arii czy tęsknotę Perry'ego za jego bratankiem. Kolejnym plusem jest sam pomysł na świat, który pani Rossi wykreowała: tu zamknięci jak w kloszu ludzie, którym świat wirtualny naprawdę zastępuje rzeczywistość (wyczuwam tu przestrogę dla nas), a po drugiej stronie dzicy ludzie, którzy muszą walczyć o zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb, takich jak głód czy miejsce do spania. A to wszystko z ryzykiem, że w każdej chwili mogą zginąć z powodu ataku eterowej burzy. I do tego smutna wizja społeczeństwa, w którym przedstawiciele obu stron patrzą na siebie z obrzydzeniem i nie chcą sobie pomóc. Jednak relacja Arii z Perrym być może będzie symbolizować pojednanie obu stron? Tu też możemy doszukać się nawiązania do naszej dyskryminacji, pogardy i ignorancji dla osób potrzebujących. Co może to oznaczać? To tak jakby autorka mówiła nam wprost, że świat może się zmienić, ale ludzie niekoniecznie. Te alegoryczne przesłania wychodzą pani Rossi naprawdę dobrze.

Podsumowując: może książka nie zauroczyła mnie do tak jakże szalonego stopnia, by dodać ją do ulubionych na Lubimy Czytać, ale doceniam pomysłowość autorki oraz wysyłane przez nią w naszym kierunku ostrzeżenia, które można odczytać w książce pod zasłoną realiów życia zupełnie innych od naszych. Uważam, że trylogia ma potencjał, który być może w następnych tomach przerodzi się w coś naprawdę zdejmującego nam czapki z głów. Cóż, nie dowiem się tego, póki nie przeczytam drugiej części, pod tytułem Przez Bezmiar Nocy, która niedawno miała swoją polską premierę. Mam nadzieję, że osobowość Arii rozkwitnie, wtedy będzie już tylko lepiej.

Ocena:
5/10