Tytuł oryginału: A Game of Thrones
Autor: George R. R. Martin
Liczba stron: 844
Wydawca: Wydawnictwo Zysk i Spółka



Potężni królowie. Etos rycerski. Smoki. To najczęściej kojarzy nam się ze średniowieczem, prawda? Cóż, to ostatnie bardziej z fantastyką, ale skojarzenie to skojarzenie. George R. R. Martin serwuje nam prawdziwe średniowiecze, bez żadnych kompromisów. I to w stylu Tolkienowskim, a to tylko wzmacnia szacunek do niego i jego twórczości.

Przyznam się bez bicia: Tolkiena jeszcze nie czytałem. Mam to zamiar nadrobić (bo wiem, że jest co nadrabiać) właśnie teraz, w wakacje. Jednak Gra o Tron okazała się bardzo interesującym wprowadzeniem mnie w styl pisania autora Władcy Pierścieni. Może na początku nie było to dla mnie łatwe doświadczenie, jednak z czasem odpłynąłem i dałem się ponieść wielkiej ilości rozbudowanych opisów. Ale o tym później.

Ciężko mi w prosty sposób przedstawić fabułę Gry o Tron. Nawet opis z tyłu książki nie mówi za wiele. Tak naprawdę to tytuł powiedział mi więcej. W pierwszym tomie Pieśni Lodu i Ognia poznajemy cały wykreowany przez Martina świat, i mnóstwo bohaterów, których naprawdę początkowo ciężko zapamiętać. I to nie dlatego, że są niewyraziści, co to to nie. Autor świetnie przedstawia nam psychikę każdego bohatera, jego sposób rozumowania, osobowość. A dowiadujemy się tego przez to, że każdy rozdział skupia się na konkretnej postaci, dzięki czemu możemy wydzielić głównych bohaterów historii (bez tego nie byłoby to takie łatwe). Więc mimo sporej ilości różnych charakterów, z czasem poznajemy ich coraz lepiej i - co najważniejsze - rozróżniamy. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Najprościej fabułę określić można w ten sposób: w Zachodnich Krainach ludziom żyje się całkiem dobrze. Do czasu. Gdy zwalnia się miejsce na żelaznym tronie, rozpoczyna się duże zamieszanie - tytułowa gra o tron - gdzie przyjaciel okazuje się być wrogiem, a bogaty zmienia się w nędzarza. W opisywaniu fabuły tej książki naprawdę trudno uniknąć spoilerów, więc te kilka słów musi wystarczyć.

Martina chwaliłem przed chwilą za bohaterów i nie zamierzam zmieniać zdania. Najbliżsi okazali mi się zabawny Tyrion, waleczna Arya i czasem infantylna, lecz urocza Daenerys, która z czasem uczy się walczyć ze swoimi własnymi demonami. Lecz to tylko ułamek z ilości charakterystycznych osobowości, które pan Martin nam serwuje. I po Grę o Tron warto sięgnąć już chociażby dla tych świetnie nakreślonych postaci. Kolejny plus to naprawdę ciekawa historia, która z początku może wydawać się obyczajówką osadzoną w średniowiecznych klimatach, lecz już kilka stron później stopniowo wprowadzane zostają rozmaite intrygi, które zaczynają mieszać czytelnikowi w głowie, a ten prosi o więcej i więcej. A taki odbiór książki to naprawdę duży sukces dla pisarza.

Wspominałem o języku. Ogrom opisów nie jest moją ulubioną cechą w książkach, wolę szybką akcję i dużo dialogów. Dlatego też przy czytaniu Gry o Tron sporo się umęczyłem (zajęło mi to jakiś miesiąc [!] i to nie ze względu na objętość książki), jednak z czasem zacząłem się przyzwyczajać do stylu pisania Martina, a to na pewno zaprocentuje mi przy czytaniu Tolkiena. Zacząłem wręcz doceniać te opisy, przez co moje wyobrażenia dotyczące przedstawianej scenerii, wydarzeń nabrało dużo więcej barw niż zazwyczaj. Dlatego jedynym minusem, który stawiam Grze o Tron, jest moja męczarnia przy stylu pisania, a to naprawdę kwestia indywidualna. I kwestia przyzwyczajenia.

Goerge'a R. R. Martina można bez wątpienia nazwać geniuszem. Pisze świetnie, jego wyobraźnia jest chyba w żaden sposób nieograniczona, a jego oczytanie związane z opisywanym światem, pracą nad językiem jest niezwykłe. Tak jak już wspominałem: Martina chce się więcej i więcej. I naprawdę lepiej zacząć swoją przygodę ze światem Zachodnich Krain z książką, a dopiero później z serialem produkcji HBO. Taki jest przynajmniej mój plan. I raczej nie będę zawiedziony.



Ocena:

9/10