Tytuł oryginału: Orange Is The New Black
Czas produkcji: 2013-
Twórca: Jenji Kohan
Liczba sezonów: 2 (trzeci w produkcji)



Ruszam tutaj z serialami, co planowałem już od dawna. Na początek mam dla Was coś świetnego (choć w moim przypadku to żadna nowość, nie oglądam niczego, co nie wciągnie mnie po pierwszych trzech odcinkach): Orange Is The New Black! Dosłowne tłumaczenie tytułu tego serialu na nasz język brzmi tragicznie. Dlatego jestem ogromnie wdzięczny sam nie wiem komu, że w Polsce też posługujemy się tytułem oryginalnym. Ale to nieważne, nie spotkaliśmy się dzisiaj, by prawić o urokach naszego języka, ale o serialu, który na początku wciągnął mnie do tego stopnia, że siedziałem w swoim pokoju  s z e ś ć  g o d z i n  (!), przez co za jednym zamachem prawie skończyłem pierwszy sezon. Rzadko się zdarza, by jakiś serial zainteresował mnie do takiego, wręcz niepokojącego (eeee tam) stopnia. Na swoje usprawiedliwienie mam, że każdy odcinek trwa około godziny, więc nie mogłem tego czasu w żadne sposób przyspieszyć. A oglądać przecież musiałem, no musiałem.

Serial stworzony przed Jenji Kohan (twórczyni między innymi popularnej Trawki / Weeds [ten serial jeszcze przede mną, może oglądaliście?]) początkowo skupia się na Piper Chapman (Taylor Schilling), która zostaje skazana na piętnaście miesięcy pobytu w więzieniu dla kobiet w Leitchfield za przestępstwo sprzed kilku lat, którego przyczyną był jej związek z dilerką narkotyków, Alex Vause (Laura Prepon). Zagubiona w nowym środowisku Piper spotyka na swojej drodze kobiety o różnorodnych osobowościach. Z czasem serial przestaje skupiać się na osobie Chapman (choć wciąż zostaje ona główną bohaterką), a przybliża nam historie innych więźniarek. I tu właśnie znaczenie hasła promującego serial (Every sentence is a story) zostaje wzmocnione: bowiem każdy odcinek skupia się na przeszłości innej postaci. Z często mało sugerujących wymian zdań pomiędzy więźniarkami przeskakujemy do retrospekcji, które również nie zawsze wyjaśniają nam wszystko i każą trochę pomyśleć. W każdym razie dowiadujemy się, kim bohaterki były w przeszłości, czym się zajmowały i dlaczego wylądowały w więzieniu (choć nie zawsze z własnej winy, ale o tym za chwilę).

Ciekawym jest fakt, iż serial to nie tylko czysta fikcja. Jego fundamenty stanowi książka znana w Polsce pod tytułem Dziewczyny z Danbury. Orange Is The New Black, którą autorka - Piper Kerman - napisała po wyjściu z więzienia dla kobiet. Panią Kerman z główną bohaterką serialu łączy nie tylko takie samo imię: pierwszy sezon dość mocno nawiązuje do wydarzeń z książki, jednak w drugim autorka tylko podsuwa pomysły, w którą stronę poprowadzić wątki. Powaga przedstawionych w serialu problemów i realiów życia uderza do nas dużo bardziej, gdy wiemy, że zostały one opisane na faktach.

I tu przechodzimy właśnie do samych bohaterek i ich kłopotów. A nie są one błahe, bo "to przecież więźniarki i zasłużyły na wszystko co najgorsze". Mamy tu osoby walczące z uzależnieniem od narkotyków (z różnymi efektami), mamy transseksualistkę (Laverne Cox), która znalazła się w więzieniu z powodu długów, i do której nie odzywa się wchodzący w okres dojrzewania syn. Mamy nastolatkę, która zachodzi w ciążę ze strażnikiem więziennym (Dasha Polanco i Matt McGorry), w którym się zakochała, i oboje próbują teraz wymyślić coś, by on sam nie wylądował w więzieniu. Jest także dziewczyna powszechnie znana jako "Szalonooka" (Uzo Aduba) z powodu swoich tików i problemów psychicznych. To tylko losowo wybrane przypadki, serial funduje nam cały wachlarz rozmaitych  przykrych sytuacji, które pokazują, że te kobiety często znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze albo nie widziały innego rozwiązania swoich problemów, jak uciec się do przestępstw. Oczywiście nie mówię to u każdej bohaterce: są tu i te, które swoimi manipulacjami i zatwardziałością uprzykrzają życie każdemu, kto stanie na ich drodze, a wciąż coś widza do nich przyciąga zamiast odpychać. Jeśli miałbym wybrać jedną osobę, która irytuje mnie w serialu najbardziej, byłaby sama Piper: jej początkowe zagubienie jeszcze ją usprawiedliwia, jednak przez praktycznie cały serial pozostaje tą samą "panią z wyższych sfer", a interesująca zaczyna się robić powoli dopiero w drugim sezonie. Mam nadzieję, że w trzecim, którego premiera planowana jest na przyszły rok, przekona mnie do siebie trochę bardziej.

Zrobiło się trochę smutno i niepokojąco. A nie jest! Orange Is The New Black to nie tylko dramat, ale też komedia. A powodów do śmiechu są co chwilę. Dość ostre riposty, humor sytuacyjny czy same intrygi i kreacje bohaterów sprawiają, że oglądanie więźniarek to sama przyjemność. Dawno tyle się nie śmiałem przy serialu (nie licząc Przyjaciół, których ostatnio oglądam nałogowo, ale o tym innym razem). Scenariusz jest genialny, raz trzyma w napięciu, a zaraz to napięcie rozładowuje. Cliffhanger na końcu pierwszego sezonu po prostu mnie powalił, i gdybym musiał czekać rok na następny, chyba bym nie wytrzymał. Całe szczęście (przynajmniej ja uważam to za plus), zakończenie sezonu drugiego nie jest już tak niepewne i nagle urwane: niektóre wątki zostały spokojnie zakończone, a niektóre luźno otwarte, na tyle, by nie powodować u mnie depresji z powodu czekania roku na wyjaśnienie niektórych spraw. Świetne są także bohaterki czarnoskóre (oczywiście w więzieniu poruszony jest problem rasizmu: każda narodowość czy rasa trzyma się swojej grupki i wiecznie kłóci się z innymi), które są ze sobą tak zżyte jakby były siostrami. Wspaniale pokazuje to, że nawet w więzieniu istnieją relacje, które przypominają te znane z życia w rodzinie. A czarne bohaterki podkreślają to jeszcze świetnymi zabawnymi tekstami i swoimi szalonymi zachowaniami: prawie nigdy nie brakuje im energii!

Do kwestii technicznej też nie można się przyczepić: zarówno szczera, surowa scenografia więzienia oddaje realizm, tak i pełne życia sceny z nowojorskich ulic genialnie, choć przykro kontrastują z brakiem wolności w Lietchfield. Chwaliłem już scenariusz, grze aktorskiej również nie można nic zarzucić: wszyscy dają z siebie wszystko. Nie mógłbym także nie uwzględnić tu świetnej czołówki serialu z piosenką You've Got Time Reginy Spektor (włączcie poniżej), której tekst idealnie wpasowuje się w klimat serialu. W połączeniu ze zdjęciami ze zbliżeniem na twarze więźniarek, czołówka posiada ogromny ładunek emocjonalny i przemawia do mnie w stu procentach.

Orange Is The New Black polecam gorąco, bo inaczej się nie da. Tu zachwyca mnie po prostu wszystko. Ostrzegam jedynie przed często wulgarnymi scenami (i mam tu na myśli zarówno obrazy jak i język) i czasem też drastycznymi. Nie jest to serial dla każdego, nie będę kłamał. Jeśli jednak nie jesteście uczuleni na tego typu odważne sceny, oddajcie się niewątpliwej przyjemności wynikającej  z oglądania jednego z najciekawszych oferowanych nam obecnie seriali. A mi pozwólcie w samotności odliczać miesiące, dni i godziny do premiery trzeciego sezonu.



Ocena:
9/10