Tytuł oryginału: Snowpiercer
Reżyseria: Joon-ho Bong
Scenariusz: Joon-ho Bong, Kelly Masterson
Czas trwania: 2 godziny 6 minut



Moda na antyutopie pochłonęła całe środowisko literackie i filmowe, nie pozostawiając na nich suchej nitki, podobnie jak to było w przypadku trwającej kilka lat ekscytacji wampiryzmem, zapoczątkowanej Zmierzchem. W tym przypadku prym wiodą Igrzyska śmierci, blockbuster, który niczym wdzięczne swym rodzicom dziecko podarował twórcom i autorce książkowego pierwowzoru klucz do wielkiego sukcesu. Oczywiste jest, że inni ambitni już kilka chwil później postanowili ruszyć za nimi. Niestety, często tą samą utartą ścieżką składającą się z tych samych utartych schematów. A jak na tle tych dystopijnych sukcesów i porażek prezentuje się Joon-ho Bong, reżyser kolejnego filmu traktującego o losach ludzkości w tragicznej i nie tak bardzo odległej nam przyszłości, zatytułowanego Snowpiercer: Arka przyszłości?

Już na samym początku podkreślić trzeba, że film Joon-ho Bonga jest ekranizacją francuskiego komiksu pod tytułem Le Transperceneige, dlatego za niektóre sztampowe elementy nie można oskarżać bezpośrednio reżysera (komiks po raz pierwszy ukazał się już w 1982 roku). Jednak nie zmienia to faktu, iż scenografia, stroje bohaterów w praktycznie niczym nie różnią się od współczesnych standardów nieoficjalnie przyjętych dla antyutopijnych produkcji. I tak oto ciężko byłoby odróżnić mieszkańca Kapitolu ze wspomnianych już wcześniej Igrzysk śmierci od przedstawiciela wyższej klasy społecznej ze Snowpiercera. A szkoda, bo już nawet pod względem scenografii przydałoby się tu trochę świeżości. Zwłaszcza że stylistyka filmu Bonga bardzo odbiega od typowej filmowej amerykańszczyzny: od obsady po samo zakończenie.

Reżyser pochodzi z Korei Południowej, więc nie dziwnym jest fakt, że do obsady dołącza swoich sprawdzonych w swoich wcześniejszych produkcjach rodaków. Kang-ho Song i Ah-sung Ko w specyficzny, aczkolwiek dosadny sposób ukazują relację ojciec-córka swoich bohaterów, a sam Kang-ho świetnie oddaje indywidualizm uzależnionego od używek mężczyzny, który jest kluczową postacią dla rozwiązania akcji w filmie. Strzałem w dziesiątkę okazało się również obsadzenie niezastąpionej Tildy Wilson w roli nieobliczalnej i psychicznej Mason: swoją doskonałą grą aktorską kradnie każdą scenę, w której się pojawia. W tym świetnym zestawieniu gorzej wypada Chris Evans, który dość nieudolnie próbuje oddać ducha walki głównego bohatera, Curtisa, przez co postać tylko irytuje.

Snowpiercer jest również wielką kopalnią motywów: zarówno tych gotowych do oddania jubilerowi prosto po wykopaniu, jak i niestety tych, których reżyser-jubiler nie oszlifował wystarczająco dobrze, by powstał diament. Zaczynając od tych niedobitków, znów przebija się sztampowość: pociąg zbierający ocalałą ludzkość niczym Noe swoje zwierzęta do Arki, walka pomiędzy bogatymi a ubogimi… To było już serwowane zbyt wiele razy. Na szczęście znalazło się kilka perełek: cały pociąg jest futurystyczną wieżą Babel (mnogość kultur w klaustrofobicznie ciasnej przestrzeni, potrzeba korzystania z translatorów w komunikacji interpersonalnej), a motyw drogi przez pociąg do pierwszego przedziału paradoksalnie przypomina przechodzenie etapów w grze wideo (każdy przedział jest nowym poziomem, robi się coraz trudniej, na końcu czeka upragniony cel). Te kulturalne odwołania bardzo wzbogacają treść filmu i zachęcają do poszukiwania kolejnych.

Szkoda nie wspomnieć o jeszcze kilku smaczkach: niemal rażący kontrast między żółtym płaszczem Claude (Emma Levie) a mroczną scenerią wagonu dla biedoty, gdzie przychodzi po dzieci, a potem mająca wywołać oburzenie i zszokowanie scena objaśniająca, do czego są one wykorzystywane w innych wagonach. Również bardzo ciekawie i z zamierzonym absurdem przedstawiona została propaganda wpajana w pociągowej szkółce już od najmłodszych lat. Wygląda to bardzo paradoksalnie w kolorowym, przyjaznym dziecku otoczeniu w zestawieniu z faktem, iż w każdej chwili ktoś może pociągnąć za spust broni.

Produkcję Joon-ho Bonga ciężko uznać za arcydzieło, jak pochlebnie określa ją wielu krytyków. Reżyserowi należy się jednak szacunek za próbę ucieczki z utartych przez innych twórców dystopii ścieżek i szukania własnej drogi. I mimo że nie obyło się bez powielania schematów, Joon-ho podołał wyzwaniu i stworzył film wyróżniający się na tle innych, często bardziej komercyjnych, produkcji antyutopijnych. Krok w dobrą stronę. Mamy tu również do czynienia z zupełnie innym przesłaniem, różniącym się od tych typowych, znanych nam z innych dystopijnych utworów. Reżyser nie krzyczy na widza, by zaczął dbać o planetę i stosunki między ludźmi, bo zaburzenie funkcjonowania środowiska i społeczeństwa doprowadzi nas do zguby. W Snowpiercerze pierwsze skrzypce gra myśl „nie zawsze najlepiej znasz swoje miejsce, czasem walka o rzekome «należy mi się» doprowadzi cię do zguby”. Jak różna jest ona od serwowanych nam zewsząd „uwierz w siebie!”, „to twój czas!”. A jak prawdziwa…



Ocena:
7/10

ask                                                                                                                                                                                                                                                                                     Akcja 17! - 6/17