Tytuł oryginału: The Hunger Games: Mockingjay Part 1
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
Czas trwania: 2 godziny 3 minuty




Powoli zbliżamy się do końca historii o Katniss, dziewczynie, która jest największą nadzieją na lepsze jutro w państwie Panem. Nie spieszmy się jednak, bo twórcy postanowili pozwolić nam delektować się ostatnimi chwilami z Katniss i jej kompanami w popularny ostatnimi czasy dla blockbusterów sposób: dzieląc Kosogłosa na dwie części. Zakończenia powinny zawsze zostawiać u odbiorcy mocne wrażenia (nawet niekoniecznie pozytywne). Jak jest w tym przypadku?

Dystrykt Dwunasty został zrównany z ziemią podobnie jak dawniej Dystrykt Trzynasty. Okazuje się jednak, że ten ostatni potraktowano dosyć ulgowo, a głoszony wszystkim straszny koniec jego mieszkańców okazał się być kolejną propagandą pochodzącą prosto od Prezydenta Snowa (Donald Sutherland). Trzynastka wciąż działa pod ziemią, a teraz szykuje się do efektywniejszego buntu przeciw tyranii Snowa. Tym razem nie siedzi w tym sama: do podziemnego dystryktu przeniesiono wszystkich ocalałych mieszkańców Dwunastki. Rebelianci potrzebują jeszcze tylko lidera, który porwie tłumy, da im nadzieję i doda odwagi do walki o własne dobro. Idealną liderką wydaje się być Katniss (Jennifer Lawrence). Jednak czy dziewczyna jest w stanie poświęcić wszystko, co jeszcze jej zostało pomimo dotychczasowych wielkich strat?

Recenzja ta pisana jest przez fana trylogii Suzanne Collins, przez co kilka grzeszków twórców zostaje wybaczonych ze względu na znajomość treści adaptowanego dzieła. Główny zarzut: w pierwszej części ekranizacji Kosogłosa nie ma tyle akcji, co w poprzednich filmach. Poprzednie wysoko podniosły poprzeczkę, a to sprawia, że Kosogłos. Część 1 wypada przy nich trochę blado. I tu ratuje znajomość książki - tam również przez długi czas nie toczy się tak szybka akcja, do której przyzwyczaiły nas poprzednie części. Pierwsza połowa Kosogłosa skupia się na przygotowaniach do rebelii oraz na stanie psychicznym Katniss. Jest to pewna zapowiedź: prawdziwego zamieszania spodziewajcie się za rok, gdy wyjdzie ostatnia-ostatnia część Igrzysk Śmierci. Można tu postawić pytanie dlaczego więc postanowiono podzielić Kosogłosa na dwie części. Pomińmy aspekty komercyjne i dłuższą promocję serii. Oczywiste jest, że chciano lepiej oddać treść ostatniej książki. Mimo że akcja chwilami kuleje, zadanie wykonano bardzo przyzwoicie: pierwsza część Kosogłosa to naprawdę wierna adaptacja pierwszej połowy Kosogłosa książkowego. Ale skoro idziemy już to drogą, to dlaczego dzielona na dwa filmy jest tylko ostatnia część? W poprzednich ekranizacjach twórcy szli często na różne kompromisy odnośnie treści zawartych w książce, a dzieląc każdy na dwa filmy nie musieliby się tym martwić. Po obejrzeniu pierwszej części Kosogłosa łatwiej odpowiedzieć na to pytanie. Schemat wyglądałby podobnie: jeden film bez akcji, drugi z jej podwójną porcją. Widzowie mogliby się męczyć, filmowa seria nie osiągnęłaby takiej popularności, a teraz, gdy historia zbliża się już ku końcowi, i ma ogromną rzeszę fanów, można sobie pozwolić na takie przystopowanie. Koniec końców poprzednie filmy wyglądają dobrze w swojej obecnej postaci, gdzie tempo akcji się ze sobą przeplata. W przyszłym roku zobaczymy w Kosogłosie kontrast w stosunku do tegorocznej ekranizacji (fani Collins widzą go już teraz), a widzowie stwierdzą wtedy, że to spowolnienie akcji było na swój sposób potrzebne. Uznajmy więc pierwszą część Kosogłosa za "uspokajacz" w przejściu akcji z W Pierścieniu Ognia do finalnego starcia w przyszłorocznej ostatniej ekranizacji. To wyciszenie okazało się naprawdę dobrym rozwiązaniem zarówno u Suzanne Collins, jak i reżysera Francisa Lawrence'a.

Poprzedni akapit może wzbudzić w Was wrażenie, że film jest kiepski. Otóż nie: pomijając jego lekką bladość w stosunku do jego poprzedników, wolniejsza akcja również może nas uwieźć. A na pewno uwiedzie Was obsada. W Igrzyskach jak zwykle wyróżnia się na tym polu niesamowita Jennifer. Od czasów pierwszej ekranizacji po prostu nie da się wyobrazić Katniss o twarzy innej niż Lawrence. Aktorka świetnie oddaje stany psychiczne swojej bohaterki, a w Kosogłosie postawiono jej jeszcze kilka innych wyzwań. Odtwórczyni roli Katniss musiała wykazać się w tej części jeszcze większą niż zwykle charyzmą, musiała do tego odegrać złe aktorstwo, co wcale nie jest takim łatwym zadaniem (zobaczycie podczas seansu, sceny kręcenia propagit to mistrzostwo). Wisienką na torcie jest natomiast pokazanie wokalnych możliwości Lawrence, która nieraz powtarzała, że nie nadaje się do śpiewania. Utwór The Hanging Tree skomponowany przez Jamesa Newtona Howarda, a śpiewany przez Jennifer, to świetne pokazanie wrażliwszej strony zarówno aktorki, jak i jej bohaterki. Nagranie zbiera ogromną popularność w iTunes i serwisach streamingowych, a w filmie świetnie buduje atmosferę w jednym z ważniejszych dla niego momentów. Po raz kolejny gorzej wypada Liam Hemsworth, przez którego lekko drewnianą grę aktorską postać Gale'a wygląda dosyć sztywno i niewyraźnie (choć Kosogłos to część, w której aktor wreszcie miał większe pole do popisu w interakcjach z innymi bohaterami oraz w walce). Rekompensuje to regularne pojawianie się Josha Hutchersona w roli Peety, który podobnie jak Lawrence świetnie oddaje, często złamanego, ducha swojej postaci. W dodatku cudownie ukazana została magiczna relacja Katniss i Peety z ekranów telewizorów. Podczas emitowanych propagand z udziałem Peety zewsząd atakuje nas niesamowite natężenie emocji. Na uwagę zasługuje również nowa twarz w Igrzyskach: Natalie Dormer wcielająca się w rolę nagrywającej propagity Cressidy. Jej kreacja bardzo przekonywuje, a chociaż czasem wydaje się tam niepotrzebna, towarzyszy Katniss w kluczowych momentach, jest typem dobrego kompana. Tak jak dotychczas zachwyca Woody Harrelson i Elizabeth Banks, niestety nie nacieszymy się nimi tak długo jak dotychczas. Owszem, pojawiają się często, jednak ich rola nie jest już tak duża jak dotychczas. Na uwagę zasługuje jednak Julianne Moore w roli intrygującej i nieprzewidywalnej Prezydent Trzynastki Almy Coin. Zawodzi jednak Willow Shields, przez którą postać siostry Katniss, Primrose, wydaje się naiwna, i niszczy całą magiczną relację między nimi, szczególnie podkreślaną w adaptowanych książkach.

Kosogłos. Część 1 niektórych zawodzi. Owszem, film nie jest pozbawiony wad. Jednak po przymrużeniu oka na kilka niedoskonałości i zaprzestaniu patrzenia na niego przez pryzmat pełnych akcji poprzednich części, otrzymamy film bardzo dobrze przygotowujący na czekający nas w przyszłym roku finał. Dodatkowo zakończenie tej części w idealnym do tego momencie daje nadzieję na obiecujące zwieńczenie historii Katniss, i sprawia, że jeszcze bardziej nie można doczekać się listopada 2015, na kiedy zapowiedziana jest premiera drugiej części Kosogłosa. Kosogłos żyje i ma się dobrze. Nie wyśmienicie, ale dobrze.



Ocena:
9/10