Tytuł oryginału: Paper Towns
Autor: John Green
Liczba stron: 400
Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las



John Green jest obecnie uważany za jednego z najpopularniejszych autorów książek dla młodzieży. Papierowe miasta są w Stanach Zjednoczonych tak cenione, że omawia się je nawet w szkole. Powieść towarzyszy interpretacji Źdźbeł trawy Walta Whitmana, zbioru wierszy przewijającego się przez całą książkę Greena. Co przyciąga ludzi do tej powieści? Ekranizacja z uwielbianą przez nastolatków Carą Delevingne na czele już w drodze. Czy historia ma szansę powtórzyć sukces Gwiazd naszych wina?

Quentin - dla przyjaciół Q. - nie przepada za Orlando, miastem, w którym mieszka od dziecka. Trzyma go tu tylko rodzina, dwójka przyjaciół i trwająca od dzieciństwa miłość do mieszkającej obok Margo, najpopularniejszej w szkole dziewczyny. Gdy pewnej nocy nastolatka pojawia się w pokoju Quentina, przebrana w strój ninjy, dla chłopaka rozpoczyna się największa przygoda jego życia.

Cóż, "największa przygoda" jest tu niezłą hiperbolą, bo chodzi głównie o poszukiwanie Margo. Jednak przebieg tych poszukiwań składa się z wielu spontanicznych sytuacji, nieoczekiwanych zwrotów akcji, a pozorna normalność tej historii jest tak niezwykła, że wydaje się niemożliwa do przeżycia dla każdego, co z kolei sprawia, że chyba każdy nastolatek - a nawet nie tylko - chciałby przeżyć coś podobnego. Szczególnie ujmująca jest ostatnia część powieści, ciekawy motyw drogi, relacjonowany godzina po godzinie. A finał jest czystą kumulacją nastoletnich emocji i urywa się w tak niepewnym momencie... Pozostawia wiele pytań i może się wydawać wręcz, że resztę losów Quentina i spółki poznamy w kontynuacji (choć mam wielką nadzieję na to, że Greenowi nie przyjdzie do głowy napisanie Papierowych Miast 2: jestem prawie pewien, że historia straciłaby całą magię).

Za fabułę Miasta można chwalić, można. Jednak przez książkę często przebija się infantylność. Zauważyłem to już u Greena przy czytaniu Gwiazd naszych wina, lecz wtedy usprawiedliwiałem to typem bohaterki. Tutaj jednak ta dziecinność pogłębia się i przewija przez całą treść. Owszem, Green potrafi doskonale przemówić do nastoletniego odbiorcy i chwalę go również za niepomijanie w swojej twórczości tematów często uważanych za tabu (za co zdarzyło mu się nawet oberwać od rodziców jego nastoletnich czytelników), jednak niektóre przedmioty rozmów czy chociażby odzywki wydają się po prostu na poziomie dziecka kończącego podstawówkę. Cóż, może to inna, zagraniczna mentalność, a może po części kwestia średniego przetłumaczenia książki na język polski.

Pochwalić trzeba jednak bohaterów, których Green kreślić umie. Co ciekawe, ma specyficzną zdolność przedstawiania typowych sylwetek nastolatków w nowym świetle: wiemy, co ten bohater sobą reprezentuje, jednak pokazuje to inaczej niż robiono to dotychczas. Ten powiew świeżości przykuwa uwagę i wyróżnia Papierowe miasta na tle innych książek dla młodzieży. O dziwo, bardzo utożsamiałem się z głównym bohaterem, co nie zdarza mi się tak często. I - choć tymi słowami zaatakuję chyba sam siebie - często mnie irytował. Tak, wrażliwy i tak, mający swoje unikalne podejście do świata, ale przy tym niewyrozumiały dla swoich przyjaciół, a momentami wręcz egoistyczny. Może to po prostu złudzenie ze względu na to, że to on jest narratorem powieści, ale przyjaciele Quentina musieli zjawiać się na każde jego zawołanie, w przeciwnym wypadku od razu miał do nich pretensje. Racja, jego kumple również nie są idealni, jednak widać u chłopaka brak zrozumienia i przekonanie, że wszystko musi się kręcić wokół jego poszukiwań Margo. Momentami nawet ja chciałem, żeby po prostu je sobie odpuścił, bo zdarzało się, że przez jego błędne wnioski czy siedzenie w jednym miejscu, akcja kulała. Najbardziej intrygująca jest jednak Margo, i wydaje się to oczywiste już po przeczytaniu samego opisu książki. Typowa szkolna gwiazda, za wszelką cenę pragnąca jednak niezależności i zrozumienia. Choć głównie poznajemy ją dzięki Quentinowi, to tak naprawdę ona prowadzi tę historię. I za ten zabieg również brawa dla Greena.

Papierowe miasta to pozornie normalna, a jednak skrywająca pewną niezwykłość pozycja. Okraszona humorem, dobrze zaplanowana potrafi dotknąć często wspominaną przez bohaterów ostatniej struny czytelnika. Wzbudza pewne uczucie tęsknoty. Tęsknoty za przygodą, której może jeszcze nie przeżyliśmy, a może doświadczymy właśnie w najmniej spodziewanym momencie. To zupełnie inny klimat niż znany z bestselleru Gwiazd naszych wina, może nawet trochę słabszy, jednak dla nastoletniego czytelnika bardzo wartościowy. Więcej takich powieści dla młodzieży, a ilość czytanych przez nastolatków książek wcale nie będzie umniejszała ich jakości i wartości.



Ocena:
8/10