Tytuł oryginału: Exodus: Gods and Kings
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Steven Zaillian, Adam Cooper, Bill Collage, Jeffrey Caine
Czas trwania: 2 godziny 30 minut



Ile to już razy widzieliśmy rozmaite próby przedstawienia biblijnych historii na ekranie? I mimo że było ich mnóstwo, motywy biblijne są bardzo wdzięcznym materiałem na film. A wynika to z ich ogromnej otwartości na interpretację. Dlatego jeśli myślicie, że historię Mojżesza znacie już bardzo dobrze, od tej jedynej właściwej strony, prawdopodobnie nie widzieliście jeszcze najnowszego dzieła Ridleya Scotta.

Exodus: Bogowie i Królowie to historia życia Mojżesza (Christian Bale), wybranego przez Boga na wybawiciela Izraelitów z niewoli egipskiej. Poznajemy go jako mężnego młodego człowieka, zdolnego do poświęceń dla swojego przybranego, dosyć nierozgarniętego brata, Ramzesa (Joel Edgerton), który ma przejąć władzę nad całym Egiptem po swoim ojcu. Dopiero później, razem z głównym bohaterem poznajemy jego znaną z Biblii przeszłość. Ten moment jest jednocześnie najmocniejszym punktem coraz bardziej burzącej się relacji pomiędzy braćmi.

Patrząc na tytuł ciężko jest wpaść na to, że mamy do czynienia z filmem o tematyce biblijnej. Prawda jest taka, że gdy przyjrzymy mu się bliżej, uznamy tytuł za bardzo trafny. Bo mimo że produkcja opowiada o losach Mojżesza, reżyser patrzy na tę opowieść bardziej pod kątem historycznym. Religia schodzi tu na dalszy plan. Wyraźnie widoczne jest to szczególnie przy poznawaniu bohatera: często kwestionuje on swoją wiarę w Boga, nie zawsze się z nim zgadza, jednak wraz z rozwojem akcji coraz bardziej się do niego zbliża. Kolejnym, jednym z najoryginalniejszych rozwiązań w Exodusie jest samo przedstawienie Stwórcy. Owszem, Mojżesz widzi płonący na niebiesko krzew (co notabene idealnie komponuje się z ciemną, granatową kolorystyką tej sceny), jednak obok niego stoi mały chłopiec, widoczny tylko dla bohatera. I choć Bóg w tej postaci bywa arogancki i momentami wręcz irytujący, jest to bardzo ciekawe rozwiązanie i zupełnie inaczej ukazuje relację Boga i Mojżesza. Bardzo wpadają również w pamięć sceny przechodzenia przez Morze Czerwone: spodziewamy się rozstąpienia wód, podczas gdy morze zostaje spłycone. Rozstąpienie może wydawać się bardziej spektakularne, jednak na spektakularność reżyser znalazł miejsce w innych scenach. Pomysł Scotta jest o tyle ciekawszy, że nie pozbawia uczestników przeprawy jej wszystkich trudów, przez co widz wciąż może odczuwać napięcie, zwłaszcza z ciągłym zestawianiem ujęć przechodzenia przez morze z ujęciami wojsk Ramzesa ścigających Izraelitów.

Nie wszystkie wątki zostały potraktowane równo. I choć da się to zrozumieć - film i tak trwa już dwie i pół godziny - to można odczuć, że niektóre kompromisy nie do końca się udały. Głównie chodzi o wątek miłosny: jak oklepane może się to wydawać, tak tu okazuje się bardzo potrzebny. A wyszedł naciąganie, jakby wstawiony na siłę, by móc dołożyć więcej symboliki do późniejszych scen. Wielka szkoda, bo nie dość, że Maria Valverde świetnie spisała się w roli ukochanej Mojżesza, Sefory, to jeszcze wątek ten ma znaczący wpływ na budowanie emocji i o pytania związane z wiarą, gdy bohater musi udać się w drogę. Nie chodzi tu też tylko o samą niewielką ilość poświęconych temu scen: budowanie relacji między zakochanymi przebiega po prostu zbyt szybko. Ledwo razem z Mojżeszem po raz pierwszy widzimy Seforę, a już w niemal następnej scenie stajemy się świadkami ich przysięgi małżeńskiej. A kilka minut później Mojżesz ma już syna i musi udać się na wyprawę, z której nie wiadomo czy w ogóle powróci. Ta scena jest pokazana akurat bardzo dobrze, jednak wyglądałaby dużo szczerzej, gdyby poświęcono tym bohaterom dosłownie kilka minut więcej.

Reżyser świetnie natomiast wykorzystuje potencjał wszelkiej symboliki w tej historii. Do interpretacji pozostawia widzowi wiele scen, a szczególnie skupia się na mieczach Mojżesza i Ramzesa, które przewlekają się przez cały film od samego początku. Jednak niektóre sceny często balansują na granicy akceptowalnego patosu. Wrażenie to dobitnie wzmacnia polski dubbing (proszę, nie popełnijcie mojego błędu i idźcie na wersję z napisami; sam nie skorzystałem z niej tylko i wyłącznie dlatego, że nie odpowiadał mi żaden inny czas seansu). Duży wpływ na te odczucia ma sama gra aktorska (choć wciąż bardzo imponująca; szczególnie dobrze spisał się Joel Edgerton): niektórzy aktorzy za bardzo starali się oddać starożytny klimat, przez co mieli skłonności do lekkiej przesady.

Exodus ciekawie prezentuje się także od strony technicznej. Imponująco przedstawiono plagi egipskie. To właśnie te sceny przykuwają uwagę już na zwiastunach. Przy plagach razi tylko jeden moment. Przez cały film ujęcia są zazwyczaj statyczne, jednak przy ataku krokodyli kamera nagle rusza się we wszystkie strony, ujęcia momentami są kręcone z ręki, co owszem, ukazuje nagły spodziewany dynamizm, jednak gryzie się to z resztą filmu. Poza tym żadną nowością nie jest kręcenie filmów w 3D na siłę, tylko po to, by można było napisać o tym uatrakcyjnieniu na plakacie. Exodus również nie wykorzystuje potencjału tej technologii, bez wahania można obejrzeć go w 2D. Zachwycają natomiast efekty specjalne, a szczególnie wracające do swojego wcześniejszego poziomu morze. Stosowane czasem filtry dokładają do tego ładną kolorystykę kadrów, świetnie współgrającą ze scenografią. Warto wspomnieć o kontraście pomiędzy chłodnymi, ciemnymi barwami scen kręconych w surowym środowisku cierpiących niewolników a potraktowaniem ciepłymi kolorami miejsc z udziałem władz Egiptu, często pełnymi przepychu. Uwagę przykuwają też sceny wieszania niewinnych ludzi. Takie sceny zawsze ogląda się z uczuciem dyskomfortu, a Scott nie jako pierwszy zestawił ujęcia na szubienicy ze zbliżeniami na twarze obserwującego te wydarzenia w ciszy ludu, co skojarzyć można z efektem Kuleszowa.

Najnowsza produkcja Ridleya Scotta zasługuje na uwagę przede wszystkim za świeże spojrzenie na tak znaną już historię. Niezaprzeczalne plusy rekompensują większość minusów, a duży ładunek symboliki sprawi, że może nawet będziecie chcieli obejrzeć Exodusa później jeszcze raz. Możliwe, że po seansie nie każdy będzie zachwycony i usatysfakcjonowany, jednak na pewno większość zgodzi się z tym, że takiego spojrzenia na losy Mojżesza wcześniej nie widziała. Biblia i cała historia dziejów ludzkości cały czas są bardzo otwarte na interpretację. Kto następny przedstawi je tak oryginalnie jak Ridley Scott?



Ocena:
8/10