Tytuł oryginału: American Horror story: Freak Show
Czas produkcji: 2014-2015
Twórcy: Brad Falchuk, Ryan Murphy
Liczba sezonów: Czwarty sezon antologii American Horror Story



Kilka dni temu wyemitowany został finał czwartego sezonu American Horror Story, oficjalnie zamykający kolejny rozdział popularnej antologii. O Freak Show nie wspominałem na blogu prawie nic od jego premiery, bo z konkretną opinią wolałem poczekać na rozwój wątków, na lekkie ostudzenie swego początkowego entuzjazmu, przez który po długim oczekiwaniu na powrót ulubionego serialu, przy premierze nowego odcinka często zachwycam się wszystkim, co w nim zaserwowano. Chcąc tego uniknąć, postanowiłem poczekać na ostatni odcinek Freak Show. I teraz stwierdzam, że postąpiłem bardzo dobrze, bo nie wszystko opracowano tak idealnie, jak początkowo mi się początkowo wydawało.

Po dosć średnim Coven nie mogłem doczekać się sezonu czwartego. Uważam to za największą zaletę antologii: gdy coś w pewnym momencie zostanie zepsute, wciąż możemy dać szansę następnej historii - twórcy mają prawie czystą kartę. Moją ciekawość podsycały coraz częstsze, aż w końcu potwierdzone plotki, jakoby akcja czwartego sezonu miała toczyć się w cyrku. I tak oto ogłoszono premierę Freak Show na 8 października 2014 roku. Podekscytowany oglądałem każdy teaser promujący nowy sezon i każdy kolejny swoim świetnym wykonaniem coraz bardziej wzmacniał moje zainteresowanie Cyrkiem Odmieńców.

Przy premierze pierwszego odcinka dostałem to, czego oczekiwałem: niepowtarzalny klimat, ciekawą narrację i te same, niezawodne twarze wcielające się w nowe postacie. No, może nie w każdym wypadku takie nowe: bohaterki grane przez panią Lange są do siebie bardzo podobne, jednak nie ujmuje to jej talentowi do znakomitego poprowadzenia ich przez historie. Tu też pojawia się wielki żal z powodu pogłosek, iż Freak Show to ostatni sezon z udziałem Jessici. Póki co nic nie jest potwierdzone, więc tego się trzymajmy. Nie potrafię sobie wyobrazić nawet odcinka bez klimatycznej aury wytwarzanej przez tę aktorkę.

Później pojawiła się wiadomość od twórcy serialu, który zasugerował, że sezony wchodzące w skład antologii nie są ze sobą połączone jedynie przez tę samą obsadę. I tak oto American Horror Story urosło do formatu uniwersum: wszystkie sezony mają się ze sobą łączyć w spójną całość. Mimo że początkowo pomysł bardzo mnie zaintrygował, szybko wydał mi się naciągany, jakby plan ten został dopiero wprowadzony przy powstawaniu Freak Show. Wydaje mi się, że gdyby poprzednie sezony korespondowały ze sobą już wcześniej, byłoby to widoczne wyraźniej. A pierwsze takie odwołanie widzimy w wątku Pepper i odnosi się do Asylum. Mimo że idea nie do końca mnie przekonuje, w tym przypadku wygląda to sensownie, a co ważniejsze, pozwoliło choć na chwilę pokazać się w czwartym sezonie Lily Rabe w jej do tej pory najciekawszej roli w antologii, a mianowicie postaci Siostry Mary.

Niesamowicie przypadli mi do gustu bohaterowie grani przez moich ulubieńców z poprzednich sezonów. Wspomniana już wcześniej Jessica Lange przybrała niemiecki akcent i zaczęła śpiewać. Po raz kolejny zagrała silną kobietę, często postępującą niewłaściwie, jednak z wielką gracją. Uwielbiany szczególnie przez kobiecą część widowni Evan Peters wciela się w buntowniczego Jimmy'ego o dłoniach homara. Po raz drugi w American Horror Story widzimy Emmę Roberts, tym razem w roli początkowo czarnego charakteru, zmieniającego się jednak z odcinka na odcinek. Mimo że Coven niezbyt przypadł mi do gustu, to gra Roberts podobała mi się tam dużo bardziej niż w Freak Show: tutaj jest zbyt mdła. Świeżą twarzą jest Finn Wittrock, bardzo przekonujący w roli psychopatycznego i rozpieszczonego Dandy'ego. Ten sezon jednak bez dwóch zdań kradnie Sarah Paulson, którą oglądać możemy w podwójnej roli sióstr syjamskich Bette i Dot. W osłupienie wprawia interakcja Paulson samej ze sobą, a zadanie utrudniały jej ostro kontrastujące ze sobą charaktery jej bohaterek. Geniusz. 

Akcja sezonu jest bardzo ciekawa. Przez pierwsze odcinki poznajemy bohaterów, a sama narracja zaczyna się od pamiętników prowadzonych przez siostry Bette i Dot. Po śmierci matki lądują w szpitalu, stoi przed nimi ryzyko oskarżenia o morderstwo. Wybawia je od tego Elsa Mars, założycielka cyrku odmieńców, która liczy, że siostry syjamskie przywrócą zyski podupadającemu interesowi. Siostry po przemyśleniu swojej trudnej sytuacji dołączają do cyrku, który okazuje się dla nich zarówno niebem jak i piekłem.

Owszem, akcja i pomysł na historie są bardzo ciekawe. Wątki są dobrze rozbudowane, jednak niesatysfakcjonująco porozkładane. Jeden z najciekawszych, z klaunem-zabójcą, kończy się za szybko. A szkoda, bo to on wywołuje największe ciarki na plecach w ciągu całego sezonu. Średnio w jego połowie da się odczuć zwolnienie akcji, zaczyna lekko powiewać nudą. Dopiero pod koniec akcja ponownie nabiera tempa, serwując świetne zakończenie. Finał zawodzi jedynie pod tym względem, że wszelkie wcześniejsze przywiązywanie się do bohaterów okazuje się stratne dla widza. Jednak zamknięte zakończenie rozwiązuje wszelkie niepewności pojawiające się wraz z kolejnymi odcinkami i mnie osobiście satysfakcjonuje. W każdym sezonie widzimy też inną wizję życia pozagrobowego: tutaj okazuje się ono szczęśliwe dla bohaterów i sprawia, że oglądanie Freak Show kończę z ulgą i spokojem.

Strona techniczna American Horror Story nigdy nie zawodzi: zarówno montaż idealnie prowadzi historię (twórcy często ciekawie radzą sobie z pokazywaniem Paulson w podwójnej roli poprzez zbliżenia na jedną z twarzy granych przez nią bohaterek). Muzyka trafnie trzyma w napięciu. O dziwo, czołówka po raz pierwszy nie budziła we mnie charakterystycznego niepokoju, który znam z poprzednich sezonów - nie wiem czy to plus, czy minus. Freak Show to również groteska często wzmacniana przez świetną charakteryzację, scenografię i efekty specjalne. Uważam, że od strony technicznej potencjał sezonu został wykorzystany bardzo dobrze, dodatkowo wzmocniony świetnie do niego pasującą atmosferą lat sześćdziesiątych. 

American Horror Story: Freak Show pod grubą warstwą brutalności, wulgarności i groteskowości jest także historią o wartości rodziny, akceptacji siebie oraz często przewrotnej odmienności jednostki w grupie. Obok Asylum uważam ten sezon za dotychczas najlepszy i dzięki satysfakcjonującemu zakończeniu tym razem ze spokojem czekam na nową historię, prosząc tylko panią Lange o udział w choć jeszcze jednym sezonie. Bo jakkolwiek dobry się nie okaże, bez jej nazwiska w obsadzie nie będzie mógł się równać ze swoimi poprzednikami. 



Ocena:
8/10


A tutaj możecie zobaczyć jeden z moich ulubionych występów Lange w serialu: w coverze Gods and Monsters Lany Del Rey