Tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey
Autor: E.L. James
Liczba stron: 608
Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga



Huczna promocja filmu w mediach dawała nam się ostatnimi czasy we znaki ze wszystkich stron. Plakaty, spoty reklamowe, a nawet organizowane przez hotele walentynki z Greyem (!) mogły wzbudzić w nas niebezpodstawne obawy, że Pan Grey wyskoczy nam niedługo z lodówki (a niektórzy pewnie nawet by nie narzekali, prawda? ;)). Wraz z tą huczną kampanią promocyjną na popularności nie traci ekranizowana książka, o której jest teraz jeszcze głośniej niż wcześniej. Co może wyniknąć ze wrzucenia do internetu fan fiction o znanych ze Zmierzchu Belli i Edwardzie okraszonego sadomasochistycznym seksem? Cóż, wyniknąć może wiele, ale co z tego, gdy jest to pozbawione smaku.

Anastasia Steele, studentka literatury, zastępuje swoją przyjaciółkę, która miała przeprowadzić wywiad z wpływowym biznesmenem, Christianem Greyem. Dziewczyna wpada Greyowi w oko, a ten oferuje jej układ, przez który Ana będzie musiała zastanowić się nad swoimi granicami i tym, na ile jest w stanie je przekroczyć.

Cóż, taki opis może brzmieć tajemniczo i powiedzmy, że górnolotnie. Niestety nijak się to ma do treści "dzieła" pani James. Bo o Pięćdziesięciu twarzach Greya ciężko jest mi powiedzieć coś szczerze dobrego. I nie, nie mówię tego jako facet: na tym polu jestem już uodporniony i nic "babskiego" w Greyu mnie nie odepchnęło. Za to autorka nie próżnowała i doskonale wiedziała, jak zniechęcić mnie do swojej powieści z każdej innej strony.

Zacznijmy może od głównych zarzutów. O Anastasii i idiotyzmie tej postaci można napisać cały elaborat. W dodatku, jakby nie wystarczało, że jest beznadziejną bohaterką, to równie beznadziejnie sprawuje się jako narratorka całej historii, więc jesteśmy na nią skazani przez całe sześćset stron książki. Ma 21 lat, kończy studia, a ma mentalność czternastoletniej dziewczynki. Zbytnio ekscytuje się byle drobnostką (wymiana maili pomiędzy bohaterami, na co Ana: Christian Grey wysłał mi oczko!), ma niedojrzale ograniczoną świadomość własnego ciała (Dotknął mnie... Tam!) co kilka stron wzywa Bogu ducha winnego świętego Barnabę, a jej "wewnętrzna bogini" co chwilę podskakuje z triumfem, sprzeczając się z podświadomością, które przypominają aniołka i diabełka siedzących na ramionach bohaterów kreskówek dla małych dzieci. Co chwilę przygryza wargę i przewraca oczami, starając się nie robić tego przy Christianie i czując infantylny triumf i przewagę nad nim, gdy ten tego nie zauważa. Wisienką na torcie jest jej podejście do technologii. Komputer uważa za magiczny obiekt i używa go tylko do pisania maili z Christianem, ekscytując się przy tym jakby co najmniej skakała na bungee. No proszę Was: mamy XXI wiek (a akcja Greya toczy się przecież w czasach współczesnych) i nie wyobrażam sobie, żeby przeciętna dwudziestojednoletnia osoba ledwie potrafiła posługiwać się komputerem (już pomijam fakt, iż pomimo swych, ekhem, ograniczonych zdolności w dziedzinie informatyki, Ana dostaje od bogatego Christiana oczywiście najnowszy model MacBooka, którego ledwie potrafi uruchomić). Anastasia jest bohaterką niesamowicie irytującą i niedopracowaną. Śmiem twierdzić, że nawet Zmierzchowa Bella, na której James wzorowała się przy kreowaniu Any, jest dużo bardziej wyrazista: potrafiła walczyć o swoje i zadzierać nosa, niekoniecznie wyglądając przy tym jak dziecko... no i mimo wszystko Stephenie Meyer potrafi jeszcze pisać.

A skoro już o pisaniu mowa... Tutaj autorka również leży. Nie dość, że nie udali jej się bohaterowie (z wyjątkiem Christiana, bo on na tle pozostałych jeszcze jako tako się wyróżnia, a przynajmniej jest na dobrej drodze do wyróżnienia się), to w Pięćdziesięciu twarzach Greya nie za wiele się dzieje. Po poznaniu się bohaterów i odkryciu dziwnych preferencji Christiana przechodzimy do powtarzających się co chwilę i wyglądających niemal tak samo opisów seksu, różniącymi się od siebie jedynie innymi zabawkami. Zakończenie miało mnie chyba wzruszyć, a wręcz lekko rozbawiło, mimo rozpaczy Anastasii: tutaj bohaterka zdaje sobie sprawę z kim ma do czynienia, jest tego przez cały czas świadoma i podejmuje świadome decyzje, po czym zmienia zdanie na sam koniec. Ale nic tak przecież nie podnosi na duchu jak słowa koniec części pierwszej, przecież jeszcze wszystko będzie dobrze! Samą historię i kreowanie bohaterów - mimo że nieudane - ciężko też oceniać w stu procentach jako oryginalne dzieło James: w końcu każdy bohater z Greya ma swój pierwowzór w Zmierzchu i są oni tam dużo bardziej charakterystyczni (tak na marginesie: z ciekawości szukałem oryginalnego fan fiction James, które dopiero później przekształciło się w recenzowaną tutaj książkę, i przeglądając fragmenty można zauważyć, że po edycji opowiadania na książkę mało co zostało zmienione/poprawione... Czy autorka była tak pewna swojego "geniuszu"? Oczywiście mógł to być wpływ osób trzecich, a może operuję zbyt małą liczbą fragmentów, by móc robić takie porównania). W całej historii pani James udało się jedynie zainteresować mnie mroczną i tajemniczą przeszłością Greya. Mimo że jest to dość tani chwyt, umiała dobrze dawkować informacje na tyle, by być może wykorzystać potencjał tego wątku w kolejnych tomach. Równie interesująca jest postać pani Robinson, o którą Ana jest chorobliwie zazdrosna, nie widząc jej nawet nigdy na oczy (również czytelnik nie ma okazji "spotkać" jej osobiście na stronach książki, co też może zainteresować, jeśli ktoś myśli nad brnięciem dalej w tę trylogię).

I tu przechodzimy do pewnych problemów. Otóż lektura Pięćdziesięciu twarzy Greya może utworzyć w niektórych z nas podświadomie pewien niezdrowy ideał mężczyzny i roli kobiety w związku. Ta uległość może wyglądać śmiesznie/intrygująco/żałośnie na stronach powieści, jednak przestanie być taka lekka, gdy zaczniemy rozglądać się po naszym otoczeniu i wykluczać z naszych zainteresowań osoby, które nie oddadzą ideału przedstawionego przez James. Wiadomo, że nie tyczy się to każdego, ale są też ludzie bardzo podatni na takie wpływy, nawet mimowolnie. Pisarz powinien być odpowiedzialny za swój utwór i być świadomym tego, jaki może mieć wpływ na odbiorcę. Jeszcze inna sprawa, gdy Greya czytają wyżej opisane osoby, ale w wieku nastoletnim (tak, mówcie, że "przecie Grey jest dla dorosłych, to niech się sami pilnujo", ale gdy komuś bardzo zależy na przeczytaniu/obejrzeniu czegoś, to dokopie się do tego tak czy siak). Nasze doświadczenia seksualne generalnie są dosyć ograniczone, a czytanie o relacji pomiędzy Christianem a Anastasią może dać mylne wyobrażenie na temat tego, jak w rzeczywistości wygląda "zwykły" związek i sam seks (to dokładnie taka sama sytuacja jak w przypadku typowej pornografii). I nie, nie chcę tutaj matkować ani nic z tych rzeczy: próbuję tylko podkreślić, jaka odpowiedzialność spada na pisarza przedstawiającego tak odrealnioną sytuację. Owszem, wiek to tylko liczba i każdy powinien umieć rozliczyć się z tego, na ile potrafi odbijać od siebie wpływy, jakie ma na nas kultura masowa i społeczeństwo. Po prostu bądźmy świadomi, że taki problem występuje.

Lektury debiutu E.L. James nie uważam za totalnie stracony czas. Mimo że zawdzięczam mu poznanie własnych Pięćdziesięciu Odcieni Irytacji, tak przyznam bez bicia, że podczas czytania zdarzyło mi się kilka razy prychnąć z rozbawienia (i to nie z przekąsem). A może kolejny tom będzie choć trochę lepszy? Nie wiem jeszcze, czy zamierzam po niego sięgać, ale trzeba się trzymać nadziei, bo w tym przypadku nic innego nie pozostało.



Ocena: 2/10