Dwa lata oczekiwania na kontynuację, coraz częstsze spoglądanie na kalendarz, obgryzanie paznokci w oczekiwaniu na premierę. No, może nie każdy przeżywał ten czas tak intensywnie, ale czekać było trzeba. Sama autorka przyznała, że przesunęła datę premiery drugiego tomu Czasu Żniw, by zapewnić czytelnikom naprawdę dobrą lekturę. Czy wyszło? Boże, jak wyszło! Ten post może przypominać hymn pochwalny, jednak nie jest to w żaden sposób ustawione, a świadczy jedynie o wielkim zachwycie autora posta nad jedną z najlepszych książek wydanych w 2015 roku w jego osobistym, jakże wartościowym rankingu.

Paige Mahoney. Zapamiętaj to nazwisko. Dziewczyna, której udało się zorganizować ucieczkę z kolonii karnej Szeol staje się najbardziej poszukiwaną osobą w Londynie. Uciekinierka chce przekazać wszystko, co zobaczyła w obozie, jednak mało kto chce ją słuchać. Szansę na zabranie głosu dają jej zapowiadane rozgrywki o władzę w elitarnym wśród jasnowidzów Eterycznym Stowarzyszeniu. Ale konkurencja jest silna, walka toczy się na śmierć i życie, a jakby tego było mało Paige swoją kandydaturą może zostać uznana za zdrajczynię swojego mim-lorda, Jaxona. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Ciężko jest wytknąć Shannon jakikolwiek błąd w jej pracy nad tą książką. Można jedynie chwalić ją za rozwijanie się, bo Zakon Mimów jest jeszcze lepszy od Czasu Żniw, który już sam w sobie był świetną lekturą. W drugim tomie serii lepiej poznajemy czarne realia życia jasnowidzów w futurystycznym Londynie. Wszystko jest szare, czarne, granatowe i niebezpieczne. Jasnowidze muszą dbać o swoją anonimowość, a utrudniają im to coraz ostrze zasady postępowania z nimi oraz kolejne rozwiązania technologiczne mające na celu ułatwić wytropienie szczególnie uzdolnionych obywateli.

Agresja, brutalność, nieufność z każdej strony. Paige obraca się w środowisku ludzi opryskliwych, zmuszonych do troszczenia się tylko o siebie. Nie ma miejsca dla słabeuszy, dlatego główna bohaterka chcąc nie chcąc musi pozostać twarda. I taka pozostaje. Nie ma czasu na użalanie się nad sobą, nad innymi, jest ostrożna w tym komu ufa, udoskonala swoje techniki walki, ale jest przy tym też honorowa. Jedyną osobą (a może bardziej istotą?), przez którą jej serce mięknie, jest Naczelnik, z którym bohaterka miała epizod w pierwszym tomie i teraz oboje nie są pewni, co robić z tym faktem dalej. Na szczęścia Shannon wciąż odsuwa romanse na tło powieści, a ckliwych przesłodzonych scenek nie ma tu w żadnym rozdziale, przez co można sobie oszczędzić odruchów wymiotnych, a skupić się na miłości jako na kolejnym problemie, z którym Paige musi się borykać w tych trudnych realiach.

O bohaterach można pisać i pisać, jednak po co się powtarzać? Wszyscy są nakreśleni precyzyjnie, z dominacją zimnych charakterów. Jednak trochę ciepła wprowadzają na przykład Nick i Eliza. Mimo że przez powieść podróżujemy z perspektywy Paige, nie brakuje tu spojrzeń w stronę jej przyjaciół i ich trudnych sytuacji. Chyba największą niewiadomą jest postać Jaxona, szefa gangu Siedmiu Pieczęci. Zagmatwana relacje pomiędzy mim-lordem a faworytą jest jednym z najciekawszych wątków w powieści, a sam Jaxon, pomimo swojego chamstwa, a może właśnie dzięki niemu, przyciąga do siebie jak światło ćmę (o, bardzo trafne porównanie - zrozumiecie dlaczego po przeczytaniu Zakonu...).

Nie brakuje akcji, oj nie brakuje. Autorka nie przynudza, widać że szczegółowo przemyślała fabułę tomu (i miejmy nadzieję, że równie dobrze przemyślała strukturę całej siedmiotomowej serii), przez co historię czyta się z zapartym tchem aż do ostatniej strony (nawet po rozwiązaniu akcji okazuje się, że przed nami trochę jeszcze zostało, a do końca książki przecież jeszcze tylko kilka stron!). Wrażenie robią sceny walki, zwłaszcza tej finałowej: Samantha zręcznie posługuje się językiem, dynamizuje go, a w odpowiednich momentach daję przerwę na odetchnięcie zarówno Paige, jak i czytelnikowi. A do tego opisy, które są po prostu w sam raz: Shannon nie pastwi się przez kilka stron nad kolorem kwiatka, a jednocześnie nie zapomina pokazać czytelnikowi sytuacji tak jak sama chce ją zobaczyć. Zwłaszcza, gdy sięga wykreowanego przez nią sacrum: Zaświaty tętnią energią i dają o sobie znak w profanum. Rozmaite aury, różnorodne duchy, podróż po sennych krajobrazach... po prostu magicznie. A przy tym nie pozwala się czytelnikowi pogubić (choć czasem bywa ciężko, owszem): książka ozdobiona jest mapami kilku stref Sajonu Londyn, listą członków Eterycznego Stowarzyszenia oraz słowniczkiem pojęć, tak jak w Czasie Żniw. Jedyne, czego na tym polu brakuje, to playlista składająca się utworów muzycznych przewijających się przez książkę, którą autorka umieściła w pierwszym tomie.

Zakon Mimów jest książką niesamowitą. Przemyślaną w każdym calu, słowo po słowie. Zachwycająca barwna fantastyka osadzona w klimacie szarej przyszłości imponuje kontrastami, przyciąga akcją i wzbudza emocje przez poczynania bohaterów, a szczególnie głównej bohaterki. Perypetie Paige mogą być odczytywane alegorycznie, pokazując nam obraz zagubionej młodej dziewczyny stawiającej czoła światu bez serca i rozdartej pomiędzy walką o wyższe dobro, a pozostaniem wierną komuś, komu zawdzięcza przetrwanie. Czy warto było czekać na kontynuację Czasu Żniw? Och, jak bardzo było warto!  



Ocena: 10/10




Tytuł oryginału: The Mime Order | Autor: Samantha Shannon | Liczba stron: 544 | Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non