Ostatnio ciężko o dobrą ekranizację książki. Jak już się uda, to zdarza się to bardzo rzadko. Tak samo rzecz się ma z filmami młodzieżowymi: jak już jakiś pojawi się na horyzoncie, to najczęściej podczas seansu człowiek wręcz czuje, jak mózg topnieje mu w czaszce. Ale nie ma co narzekać, czasem trafi się coś przyzwoitego. W zeszłym roku hitem była filmowa adaptacja Greenowskiego Gwiazd naszych wina. I rzeczywiście, ekranizacja dorównała książce. Do przewidzenia było, że twórcy filmowi pójdą tym tropem, ufając Greenowi, jego dobrego podejścia do młodzieży i popularności jego pierwszego tak głośnego tytułu. Dużo o tym mówić nie trzeba, spójrzcie chociażby na plakat: nawet font tytułu utrzymany jest w podobnej stylistyce. Dobrze, na tym polu może być podobnie i ładnie. Ale czy ekranizacja dorównuje ekranizacji?

Za ekranizację Papierowych miast nie wziął się odpowiedzialny za filmową wersję Gwiazd... Josh Boone, a mający do tej pory na koncie dopiero jeden tytuł pełnometrażowy Jake Schreier. To pierwsza zasadnicza różnica, warto na nią zwrócić uwagę, bo idąc dalej, nawet w obsadzie poza wieloma nowymi twarzami zauważymy aktorów znanych z poprzedniego hitu. Oprócz Nata Wolffa, który wciela się w głównego bohatera, w pewnym momencie natknąć się można również na Ansela Elgorta, który pojawia się przez kilka sekund i jego rola postać nie wnosi dosłownie nic do filmu. Owszem, jest to tylko uśmiech w stronę fanów aktora i miłośników Gwiazd..., ale z drugiej strony jest to tylko mocno naciągany chwyt mający wywołać u fanek na sali krótkie westchnienie i "awwwww" na jednym wdechu (i tak było, nawet o kilka "w" dłużej). Cóż, brakowało tylko Shailene Woodley, by z ekranizacji książek Greena zrobić antologię.




Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem historii jest Quentin (Nat Wolff), który od dziecka zakochany jest w mieszkającej naprzeciwko rówieśniczce Margo (Cara Delevingne). Mimo że z biegiem lat ich kontakt słabnie, jego uczucie do dziewczyny pozostaje takie samo. Nadzieja powraca pewnej nocy, gdy sąsiadka wkrada się do pokoju chłopaka z prośbą o przysługę (wyłączyć swoje dwuznacznie myślące mózgi w tej chwili!). Niestety dobra zabawa nie trwa długo, bo następnego dnia Margo znika... A Quentin postanawia zrobić wszystko co w swojej mocy, by ją odnaleźć.

Historia sama w sobie jest lekka i przyjemna, tak jak i książka, która dała początek filmowi. Trzeba przyznać, że jest to bardzo wierna adaptacja, choć odwzorowana nierównomiernie. O ile przez pierwszą połowę seansu idziemy niemal tak samo jakbyśmy słuchali samego Johna Greena opowiadającego nam napisaną przez niego historię, tak później wszystko zostaje przyspieszone, zwłaszcza sam motyw drogi, który w książce jest kluczowym momentem. Można było poświęcić mu chociaż kilka minut więcej, ale i tak wyszło całkiem nieźle. Reżyser pokusił się o rozwinięcie zakończenia, bo o ile Green pozostawia je w książce otwarte, tak Schreier dokręca trochę więcej scen, które wyjaśniają to i owo. Zmienia tym nawet wydźwięk historii i może wychodzi na tym trochę lepiej od oryginału (!). To już kwestia do dyskusji.




Dyskutować można też o sytuacji, gdy znana modelka zaczyna stawiać pierwsze kroki w aktorstwie, a potem postanawia całkiem porzucić dla niego modeling, w którym robi światową karierę. Nie ma co jęczeć, aktorstwo to sztuka, która potrafi na dobre pochłonąć niejednego nowicjusza, zwłaszcza że Cara, bo to o niej mowa, już nie pierwszy raz pojawiła się na planie filmowym. Jednak Margo Spiegelman to jej pierwsza duża rola. I nieważne jak planuje swoją dalszą przyszłość, jeśli jako aktorka dalej będzie sprawdzać się tak dobrze jak w swoim debiucie, w aktorstwie jest mile widziana. Delevingne odgrywa dokładnie taką Margo jaką Green nakreślił w swojej powieści. Przyciąga uwagę swoim wyglądem, a zatrzymuje nietuzinkowym charakterem. Szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o Wolffie, który pomimo świetnego odwzorowania postaci Isaaca w Gwiazd naszych wina, tutaj wzbudza tylko podobną irytację co grany przez niego Quentin Jacobsen. Otacza swojego bohatera aurą nudy, sam robi z niego ofiarę, a w porównaniu z książkowym Quentinem jest zbyt infantylny. Niestety to on towarzyszy nam przez praktycznie cały film. Na szczęście rekompensują to bohaterowie głównego bohatera, Ben (Austin Abrams) i Radar (Justice Smith), którzy choć tak samo dziecinni, ratują niejedną scenę swoim poczuciem humoru.

Schreierowi udało się wiernie odtworzyć również lokacje znane z książki. Podczas seansu nie można oprzeć się wrażeniu, że "tak, tak to miało wyglądać!". Za ładną scenografią idą ładne zdjęcia, a za nimi bardzo dobry montaż. A to wszystko otacza przemyślanie dobrana muzyka. Choć na soundtrack nie składają się same hity (choć koniecznie sprawdźcie zremiksowany specjalnie do filmu Lost It To Trying Son Luxa), poszczególne kawałki pojawiają się w idealnych momentach, tworząc bardzo przyjemny klimat.




Choć ekranizacja Papierowych miast nie porywa i nie każdemu wryje się w pamięć, jest to udana adaptacja książki Johna Greena. Jeśli podobała się Wam książka, film też powinien, jeśli lubicie Carę Delevingne - w filmie spodoba Wam się na pewno. Jeżeli nie będziecie oczekiwać od niego zbyt wiele, nie wyjdziecie z kina rozczarowani. Nastawcie się na przyjemne dwie godziny z ładnymi ruchomymi obrazami, pozytywną muzyką oraz optymistyczną historią o przełamywaniu swoich wewnętrznych barier i dosłowną pogonią za miłością.



Ocena: 7/10


Tytuł oryginału: Paper Towns | Reżyseria: Jake Schreier | Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. weber | Czas trwania: 2 godziny


źródło plakatu i fotosów: filmweb