Netflix to niesamowite studio: swoje seriale wypuszcza całymi sezonami. Do tego doskonale wie, że prawdopodobnie pochłoniesz je na raz (oczywiście, że się da!), dlatego przed odcinkami nie dorzuca nawet bardzo dobrze znanego "Previously on...". Ta wspaniałomyślność ma jednak też swoją mroczniejszą stronę... Po takie serialowej uczcie czekanie roku (okrąglutkiego roku!) na cały nowy sezon może okazać się przekleństwem dla fana. Zwłaszcza gdy mówimy o tak świetnym serialu jak Orange Is the New Black.

Trzeci sezon ani trochę nie odstaje poziomem od poprzednich, a nawet podnosi poprzeczkę. Funduje nam tyle samo emocji, przede wszystkim śmiechu i wzruszeń. Ten serial jest kwintesencją dramatu i komedii zamkniętych w trzynastu trwających po godzinie odcinkach (a finał wydłuża się aż do półtorej!), z czego ani jedna minuta nie jest zmarnowana. W pełni wykorzystany format, który naprawdę można by obejrzeć pod rząd bez żadnych przerw, nie nudząc ani męcząc się przy tym ani przez chwilę.




Tym razem w Litchfield nadchodzą poważne zmiany. Więzienie idzie pod władanie nowej spółki, która zatrudnia nowych, zupełnie niedoświadczonych strażników i bardzo olewa sobie to, co dzieje się wewnątrz placówki. Joe Caputo (Nick Sandow) czuje się odpowiedzialny za owe rewolucje i serce pęka mu na widok tego "co oni zrobili z moim więzieniem". Więźniarki jednak nie narzekają, a przynajmniej nie narzekają na nic nowego. Dzieje się u nich bardzo różnie. Powraca Alex (Laura Prepon), która popada w paranoję w obawie przed byciem szpiegowaną przez swojego bossa z szajki dilerów. To nie wpływa pozytywnie na jej przewrotny związek z Piper (Taylor Schilling), zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się bardzo intrygująca Stella (Ruby Rose), która pomaga jej w bardzo śmierdzącym interesie. Piper zaczyna pokazywać swoje pazury, które przez lata były piłowane pod dachem luksusu i dobrobytu.

No właśnie, Piper w trzecim sezonie przechodzi bardzo zauważalną zmianę. I, co najbardziej imponujące, w końcu daje się lubić. Bo choć Taylor Schilling gra doskonale, tak jej bohaterka przez całe dwa sezony niesamowicie irytowała swoim wielkomiejskim stylem bycia i zupełnie nie pasowała do pozostałych osadzonych (chwilami aż dziwiło, że jeszcze nie została przez nie zniszczona). Tutaj natomiast wreszcie pokazuje swoją twardszą skórę, powoli zyskując uznanie w więziennym środowisku. Jednak zauważalna staje się tendencja do równoważenia charakterów, bo gdy Piper twardnieje, tak Alex wprost proporcjonalnie mięknie, dając się ponieść swoim lękom. Czy jest to dobre rozwiązanie? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Wiadomo jednak, że w ogóle nie robi się nudno, a relacja Piper i Alex staje się jeszcze bardziej zawiła, choć momentami odrobinę przewidywalna.




Gdy atmosfera pomiędzy głównymi bohaterkami staje się zbyt gęsta, natychmiast rozluźniają ją pozostałe osadzone. Wiele z nich zyskało w tym sezonie na znaczeniu, poczynając od Normy (Annie Golden), która dosłownie staje się bogini więzienia, a kończąc na "Szalonookiej" Suzanne (Uzo Aduba) zyskującej niesamowitą popularność w Litchfield swoim porno-opowiadaniem. Obserwujemy również Dayę (Dascha Polanco) coraz bliższą rozwiązania i co chwila zmieniającą swoje stosunki z matką (Elizabeth Rodriguez). Co zaskakujące, zmienia się również Doggett, która przez pewien czas przez widzów traktowana była jako public enemy, mająca spory konflikt z główną bohaterką serialu. W trzecim sezonie już od pierwszego odcinka poznajemy nową "Pennsatucky", żałującą wielu swoich czynów, ale też zabawną i wrażliwą. Ten sezon naprawdę idzie pod znakiem zmian.

Znane z poprzednich sezonów retrospekcje wracają i tutaj, i pozostają tak samo wzruszające. Poznajemy przeszłość kolejnych więźniarek, zwłaszcza tych, o których wiedzieliśmy dotąd najmniej. Dla żadnej z nich życie przed wyrokiem nie było usłane różami, wiele z nich do więzienia trafiło przez przypadek, a część z nich nie jest nawet gotowa wrócić do normalnego życia. Z retrospekcji dowiadujemy się też więcej o pracownikach więzienia, takich jak Caputo czy Sam (Michael Harney). Często wydarzenia z przeszłości wpływają na teraźniejsze decyzje bohaterów, biorą z nich lekcje, bardzo trafnie ucząc widza tego samego.




Jeśli oglądaliście poprzednie sezony Orange..., to do obejrzenia trzeciego z pewnością nie trzeba Was do tego zachęcać. Jeśli jednak coś Was wstrzymuje, bo na przykład po roku od obejrzenia ostatniego odcinka nie za bardzo pamiętacie, co w tym serialu było takiego specjalnego (jak można w ogóle w tym przypadku się nad tym zastanawiać?! jest i już), to wiedzcie, że nieważne, co zapamiętaliście: trzeci sezon jest trzy razy lepszy od tej zapamiętanej rzeczy. Ciężko jest wybrać w tym momencie drugi serial, który tak harmonijnie łączy ze sobą elementy komedii i dramatu już po raz trzeci. A jeśli wciąż nie jesteście przekonani, to niezależnie od tego jakiej płci jesteście, niech zachęci Was do tego wspaniała Ruby Rose, która nie tylko cudownie wygląda na ekranie, ale gra równie dobrze, a czuć, że to jeszcze nie wszystko, co ma nam do zagwarantowania. Oby została z nami jak najdłużej. Jak to będzie? Zobaczymy w czwartym sezonie, który już... za rok (*kładzie się na podłodze, zwija w pozycję embrionalną i tonąc w rozpaczy czeka do lata*).



Ocena: 10/10

Tytuł oryginału: Orange Is the New Black | Czas produkcji: 2013- | Twórca: Jenji Kohan | Liczba sezonów: 3 (czwarty w produkcji)


źródło fotosów: oitnb.com