Powieści epistolarne pisze się bardzo specyficznie. Czyta również. Nie ma tu tradycyjnej narracji, a zdani jesteśmy jedynie na potok myśli i uczuć bohaterów. Autor takiej książki często ma też problem z ukazaniem konkretnej sceny bez ucieczki do trzecioosobowego narratora. Są jedna pisarze, którzy potrafią sobie z tym poradzić fenomenalnie. Przedstawiam Wam Cecelię Ahern i jej Love, Rosie, które są na to idealnym przykładem.

Znana również pod tytułem Na końcu tęczy opowieść o miłości, problemach i szczęściu kilku pokoleń. Rosie i Alex przyjaźnią się od dziecka. Gdy Alex zmuszony jest wyjechać z rodziną do Stanów, pozostaje im jedynie kontakt na odległość poprzez listy, maile, rozmowy telefoniczne. Choć problematyczne, nie jest to dla nich takie nienaturalne, gdyż praktykują pisanie do siebie listów od dzieciństwa. Jednak scenariusze, jakie napisze im życie okażą się dla tej dwójki nie lada próbą i zmuszą ich do zastanowienia się, kim tak naprawdę jedno jest dla drugiego. 

Niektórzy mogą powiedzieć, że napisanie powieści w formie listów to pójście na łatwiznę: przecież rozdziały mogą być króciutkie, można lać wodę, rozegzaltować się, a Ty-ten-tutaj masz to sobie przeczytać i docenić sztukę wysoką. A właśnie, że nie. Czy do reszty zapomniano już, że pisanie listów jest sztuką? Jest to niesamowite medium do przekazania swoich uczuć w piękny, niepowszechny już sposób. A pociągnąć to jeszcze do formatu fabuły? Weźcie kartkę, napiszcie raptem kilka liścików i ułóżcie z nich historię pełną zwrotów akcji, nie posługując się przy tym ani razu żadnym łącznikiem w postaci narracji trzecioosobowej. Prościzna? A może jednak musiałeś trochę to przemyśleć? Tak też myślałem. Powieść epistolarna bardzo ogranicza autora w formie, ale da się czasem wyjść poza ramy. Cecelia postawiła na multimedialność: oprócz pięknych tradycyjnych listów w Love, Rosie mamy transkrypcje rozmów telefonicznych, wiadomości z komunikatorów internetowych czy maile. A przy tym wszystko pozostaje spójne. Naprawdę ciężko uzyskać tak zadowalający efekt.

Love, Rosie to nie tylko genialna forma i bardzo przystępny język. To również fenomenalni bohaterowie. Chociaż Rosie czasem za bardzo przeżywa, pozostaje niesamowicie ciepłą, zabawną osobą, wystarczająco silną, by radzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu (a łatwo nie ma...). Podobny jest Alex, pomimo że to do niego los się bardziej uśmiechnął. Emanuje od niego takie ciepło, że aż masz ochotę poznać go osobiście, pisane przez niego wiadomości czynią go jeszcze realniejszym, a po chwili z rozczarowaniem schodzisz na ziemię, zdając sobie sprawę, że to postać fikcyjna. Autorka świetnie przedstawiła też nowe pokolenie i jego tendencje do chodzenia w ślady rodziców. Córka Rosie, Kate jest łudząco podobna do mamy, zarówno z wyglądu jak i charakteru, a ponadto wykazuje się podobnymi wyborami. Co przewrotne, zdarza jej się znaleźć w sytuacji zupełnie przeciwnej tej, w jakiej znajdowała się Rosie i potrafi podejmować wtedy nowe decyzje, dając nam nowe światło na niektóre wydarzenia i nie pozwalając nam nudzić się żadną schematycznością.

Nad jedną z czołowych pozycji spod pióra Ahern można się rozczulać i zachwycać. I nie są to puste stwierdzenia: Love, Rosie to książka fenomenalna, która co kilka stron wzrusza, rozbawia i przede wszystkim daje przyjemność z samego czytania. Ile jest książek, do których masz ochotę wrócić jeszcze nie raz? Ile by ich nie było, jestem prawie pewien, że jeśli lubisz subtelne romanse okraszone solidną dawką śmiechu i łez, Love, Rosie dołączy do tej kolekcji.



Ocena: 10/10

Tytuł oryginału: Where rainbows end | Autor: Cecelia Ahern | Liczba stron:  512 | Wydawca: Wydawnictwo Akurat