Literatura i marketing są ze sobą współcześnie ściśle związane. Dobrze to czy źle - można dyskutować bez końca. Jest jednak taka jedna gałąź tego całego promowania książki, która dla odbiorcy jest szczególnie przyjemna. A jest nią jej frontowa część, która woła nas do siebie z półki, gdy ledwo wejdziemy do księgarni. Okładka to od wieków nieodłączna część książki i chociaż przeszła długą drogę transformacji - od drewnianych płatów pokrytych złotymi zdobieniami po zbiór pikseli na ekranie czytnika - to wciąż pełni tę samą funkcję: ma zwrócić na siebie naszą uwagę, odróżniać się od innych i miło nam się kojarzyć. Zupełnie jak obiekt Twoich westchnień.


 

Miłość od pierwszego wejrzenia...


Z czysto komercyjnego punktu widzenia okładka ma skupić Twoją uwagę na dłużej niż pięć sekund, byś mógł przyjrzeć się bliżej książce, o której nigdy wcześniej nie słyszałeś. Ale w tej komercji jest coś ze sztuki: przecież na pewno nieraz zdarzyło Ci się natknąć na okładkę, którą porównałbyś do dzieła sztuki. Zdarza się. Ja siebie nie oszukuję: jestem wzrokowcem i choć zabrzmi to bardzo płytko, to bywa, że jakaś nieznana mi książka traci mnóstwo w moich oczach, gdy wydana jest niedbale. I choć nie jest to do końca dobre podejście, to na dobrą sprawę nie ma w nim nic strasznego. Wydawcy dobrze wiedzą, że ocenianie książki po okładce to często odruch, który wcale nie oznacza, że czytelnik jest ciemną masą kupującą książki tylko po to, by ładnie wyglądały na półce. Ale też do obowiązków wydawcy należy przygotowanie na nas utworu w jak najprzystępniejszej formie. Dlatego nie zasłaniajmy się honorem "literackiego znawcy", który na okładkę nie spogląda, bo to próżne. Pozwólmy wydaniu książki rozkochać nas w sobie, chociaż na chwilę. 


 

...i rozczarowanie po dłuższym czasie razem


Cóż, bywa i tak. Okładka piękna, wydanie takie milusie, oprawa przyjemna w dotyku, że chcesz z tym tomiszczem spędzić resztę życia, więc już rezerwujesz termin na ślub w Las Vegas, bo przecież tam można poślubić wszystko i tylko tam możecie być razem szczęśliwi, wbrew wszystkim hejterom (nie, to nie brzmi jak zboczenie...). Ale, ale - nie tak zaraz! Zaczynasz czytać i okazuje się, że wcale tak pięknie nie jest. Mało powiedziane: ta książka to szmira stulecia, oczy Cię rażą od grafomaństwa i przypominasz sobie, że znalazłeś ją upchaną w kącie dla młodzieży. Cóż, teraz przynajmniej wiesz dlaczego. Ale tę okładkę zrobili tak ładnie! W takim razie przy następnej podobnej sytuacji wydrukuj ją z internetu i powieś na ścianie w pokoju - zaoszczędzisz pieniędzy i nerwów, a do tego ta półka, którą kupiłeś w Ikei nie będzie wyglądała teraz tak samotnie. 


  

Książka też człowiek


Uważam, że okładka to nieodłączna część współczesnej książki, stanowi z nią nierozerwalną całość. I choć obecnie forma wydania tomu odrobinę traci na znaczeniu ze względu na e-booki, które przecież same w sobie są niefizyczne, to jego pierwsza strona wciąż ma duże znaczenie w kwestii zwrócenia uwagi na produkt oraz późniejsze rozpoznanie go i odróżnienie od innych. Gorzej, gdy następuje przerost formy nad treścią: oprawa hipnotyzuje, ale ta jedna strona okazuje się niestety stokrotnie lepsza od następnych czterystu... Wtedy można mówić o nieocenianiu książki po okładce. Ja wciąż jednak wolę trzymać się mojej parafrazy powiedzenia odnoszącego się do ludzi - przyciągnij wyglądem, zatrzymaj charakterem - widocznego w tytule posta, którego użyłem kilkanaście miesięcy temu w jednej ze swoich recenzji i uważam, że jest bardzo aktualne ;) A żeby podkreślić fakt, iż okładka często może być świetną rekomendacją dla dobrej książki, dzisiejszy post ozdobiłem moimi ulubionymi okładkami książek, które okazały się świetne również w środku. Niech i Was przyciągną swoim zewnętrznym pięknem, a zatrzymają na dłużej tym wewnętrznym - tak jak wartościowi ludzie :)

A jakie są Wasze ulubione okładki książek? Co myślicie na temat związku okładki z książką? Zdarzyło Wam się kupić książkę przez okładkę, a potem zawieść się treścią? Piszcie!



źródło okładek: empik.com