Dzisiejszy tekst nie będzie typową recenzją, bo film, o którym dzisiaj Wam piszę jest mi zbyt bliski, by opisywać go sztywnymi frazesami bez podkreślania moich własnych odczuć (zaczynam też tak myśleć odnośnie wszystkich recenzji, które tu się pojawiają: owszem, nie będą wtedy miały profesjonalnego charakteru, ale co z tego? Piszę na  s w o i m  b l o g u ,  nie dla Filmwebu). Bo pełnometrażowy debiut Barbary Białowąs jest magiczny. Nie idealny, ale niepokojąco magiczny.

Moja przygoda z Big Love zaczęła się jeszcze w gimnazjum, a wszystko przez intrygujący teledysk do filmu z piosenką Ady Szulc, który znalazłem raz na YouTubie. Nie uwolniłem się od niego chyba przez miesiąc, piosenka tak mnie zahipnotyzowała, że zahaczało to o obsesję. Do Szulc jestem nastawiony kompletnie neutralnie, ale ten kawałek uplasował się w czołówce moich ulubionych piosenek. Teledysk został zmontowany tak, że sceny z filmu idealnie współgrały z utworem, tworząc dodatkową historię. Big Love tymczasem wchodził do kin, a ja jakoś nie mogłem się zebrać do jego obejrzenia, choć bardzo chciałem. Później z kin wyszedł, a premiery DVD długo, długo nie było. W międzyczasie robiłem research w internecie. Macie czasem coś takiego, że jakiś film tak Was uwiedzie, że nawet po seansie wciąż drążycie temat, szukacie dodatkowych materiałów w internecie, czytacie interpretacje i tak dalej? Cóż, ja miałem tak już przed obejrzeniem filmu. I pal sześć spoilery, bo byłem już wystarczająco zaintrygowany, że kilka zepsutych niespodzianek nie zniechęciło mnie do oglądania. Ale wciąż nigdzie nie mogłem filmu obejrzeć, nawet piosenka Szulc gdzieś tam mi się zawieruszyła i najzwyczajniej w świecie o Big Love zapomniałem. Aż do minionego tygodnia, gdy wchodząc na last.fm wyświetliła mi się propozycja odsłuchania owej piosenki. Wszystko wróciło. God bless last.fm.




W końcu dorwałem film. Nie wiem jak Wy, ale ja potrzebuję pewnego nastroju, by w ogóle zasiąść do oglądania konkretnego gatunku. Często nie mogę zdecydować się na nic. Okazało się, że najlepszym nastrojem na Big Love była jakaś druga w nocy trzy dni temu. Pasowało idealnie. Z niesamowitą ekscytacją wreszcie wcisnąłem play i oto historia się zaczęła... Białowąs przedstawia nam nastoletnią Emilkę (Aleksandra Hamkało), która zostaje zauważona przez kilka lat starszego od niej Maćka (Antoni Pawlicki). Mężczyzna wprowadza ją w pierwsze erotyczne doświadczenia, uzależnia ją od siebie, co wkrótce przemieni ich relację w toksyczną dla obu stron.

Nie ma co, gdybym w gimnazjum miał konto na Filmwebie, Big Love od razu oceniłbym na maksa z serduszkiem. A teraz ocena jest trochę niższa, ale serduszko bez wątpienia zostaje. Bo o ile historia została poprowadzona świetnie, jest poruszająca i cały film w rankingu najlepszych polskich produkcji ostatnich lat stawiam na równi z Salą Samobójców (co u mnie jest dużym wyróżnieniem), to dzieło Białowąs kuleje trochę w aspektach technicznych. Owszem, scenariusz jest godny pochwały, ale gorzej z dialogami. Czuć tutaj momentami amatorszczyznę i silenie się na luz, który w rzeczywistości wypada trochę żenująco. Nie radzili sobie z nimi aktorzy, przy niektórych kwestiach brzmiąc nierealnie. Dochodzi jeszcze kwestia typowo techniczna: filtry zastosowane w retrospekcjach. Pamiętacie rok 2012? Instagram zyskiwał coraz większą popularność, a moda na retro kolorystykę sięgała wtedy apogeum. Białowąs na fali popularności użyła tego chwytu w retrospekcjach w swoim filmie. I choć klimatem i kolorem pasują, teraz wydaje się odrobinę tandetne. Dowód na to, że nie zawsze warto kusić się na czerpanie z tymczasowej mody w swojej twórczości, bo nie zawsze to przetrwa.




Generalnie to moje jedyne krytyczne uwagi co do Big Love, bo resztą jestem oczarowany i trzy dni po seansie wciąż czuję się jak w hipnozie. Białowąs świetnie posługuje się symboliką i pozostawia duże pole interpretacji swojego kinowego debiutu. Zachwyca również narracja: retrospekcje i teraźniejszość są tak poszatkowane i pomieszane, a wciąż tworzą spójną całość, co jest niełatwe i czasem nawet reżyser się przy tym gubi. Jestem również pod wrażeniem aktorów pierwszoplanowych, bo choć z dialogami się męczyli, reszta wyszła im znakomicie. Metamorfozy Pawlickiego zaskakują, a Hamkało czaruje swoim urokiem. Bardzo przekonująco przedstawili erotyczną stronę filmu: sama reżyserka przyznała, że w przypadku innej produkcji sceny erotyczne mogłaby odpuścić, jednak w Big Love były koniecznością i para młodych aktorów wywiązała się tego zadania doskonale. Na uwagę zasługuje również magia ich spojrzeń: wraz ze zmianami w ich relacji owe spojrzenia niosą inny ładunek ekspresji i wcale nie jest to kwestia naszych domysłów i wyobrażeń dopasowywanych do danej sytuacji. 

Nie można nie powiedzieć więcej o muzyce, która w Big Love gra jedną z głównych ról. Emilka chce zostać wokalistką i uparcie do tego dąży, co również ma wpływ na związek głównych bohaterów. Tytułowa piosenka w filmie wykonywana jest przez samą Hamkało, która wplata w nią zupełnie inne emocje. W tym przypadku wokal i melodyjność schodzą na dalszy plan, a zastępuje je tekst i właśnie emocjonalność Aleksandry. Jest to rozszerzona wersja utworu, w której tekst jeszcze lepiej pasuje do filmu i choć osobiście wolę wersję radiową, tak nie wyobrażam sobie, żeby w filmie piosenki nie zaśpiewałaby Hamkało, to nie byłby ten sam film. To nie byłby tak samo  d o b r y  film.




Naprawdę ciężko jest mi jednoznacznie ocenić Big Love. Wciąż dochodzę do siebie po seansie i często w tym czasie moja ocena jeszcze kilka razy się zmienia (nawet w czasie pisania tego tekstu i dokładniejszym skupianiu się na poszczególnych aspektach zdążyłem już tę ocenę zmienić), ale jedno wiem już na pewno: Big Love, choć film daleki od ideału, jest jednym z ważniejszych jakie miałem okazję obejrzeć do tej pory. Już mam ochotę do niego powrócić i jestem pewien, że za jakiś czas to zrobię. Świetnie pokazana burzliwa relacja dwójki młodych ludzi, pozbawiona kompromisów i dająca dużo do myślenia. Potrzeba więcej takich filmów, koniecznie. I potrzeba więcej takich piosenek, które nie tylko wzruszą, ale i poprowadzą do tak intrygujących produkcji.



Ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Big Love | Reżyseria: Barbara Białowąs | Scenariusz: Barbara Białowąs | Czas trwania: 1 godzina 40 minut


źródło fotosów: filmweb.pl