Jak często brakuje Wam motywacji do działania? Mnie bardzo często. Najgorsze są momenty, gdy naprawdę  c h c e s z  coś zrobić, ale napotykasz wewnętrzny opór, który odpycha Cię od tej czynności. Boli podwójnie, gdy dotyczy to robienia czegoś, na czym naprawdę Ci zależy. Można nawet powiedzieć, że takie kryzysy nachodzą mnie regularnie, co przeraża jeszcze bardziej. Dotyczy to tak samo bloga, pisania czy fotografii. Czy jest jakaś jeden pewny lek na tę dolegliwość? Obawiam się, że nie (ale jeśli znacie go, to proszę, uświadomcie mnie, a co tydzień będę wysyłał Wam w podziękowaniu wielgachną tabliczkę czekolady [i to listem poleconym, a patrzcie, jaki mam gest!]). I tak jak nie ma jeszcze leku na głupotę, tak są jakieś półśrodki, które mogą jej zapobiegać. Tak samo można jakoś zaradzić tym niedoborom motywacji. I w obu przypadkach wszystko zależy od pacjenta, którego przypadłość dotyczy: to, jak albo w jakiej ilości będzie ją stosował, i czy w ogóle tego chce. I nie, nie mam zamiaru zostać Waszym coachem ani tym bardziej lekarzem, bo w obu przypadkach okazałbym się beznadziejny. Chcę się z Wami tylko podzielić pewną zależnością, którą niedawno sobie uświadomiłem, a którą większość z Was powinna uważać za oczywistość. Mam nadzieję, że tak jest, ale wciąż nie przestaję pisać dla tych nieświadomych. A ową oczywistość nawet pięknie  i bardzo obrazowo Wam przedstawiłem w tytule posta:

Inspiracja-----Motywacja


No nie, że banalne? A oficjalnie przyjąłem to do wiadomości wtedy, gdy chyba po raz milionowy słowo "inspiracja" pojawiło się na blogu. Zdaję sobie sprawę z tego, że może być to tutaj nużące, ale ostatnimi czasy wyraz ten baaardzo często towarzyszy mi w życiu. Ostatnio pisałem pewien list motywacyjny (nie podaję żadnych szczegółów i w sumie jeszcze przez długi czas efektów tego działania nie poznam, ale już Was proszę: trzymajcie mocno kciuki :)), który opierał się głównie na mojej artystycznej działalności i pewną jego część poświęciłem właśnie inspiracji. I choć zawsze byłem świadom pewnego faktu, to werbalnie przyjąłem go do wiadomości właśnie w trakcie pisania: ja  p o t r z e b u j ę  tego, by być otoczony inspiracjami. Muszę być otoczony ludźmi, którzy działają, którzy znają swoje cele, są ambitni i widoczne są rozmaite efekty ich działań. Potrzebuję takich ludzi zarówno wśród bliższych, osobistych relacji, jak i chociażby w szkole. I w tym przypadku nie muszę się nawet z kimś kumplować: może mnie mieć nawet za "tego-nie-tego", który nawet piłki nie potrafi złapać (ps. to prawda :):):):)) i praktycznie mnie nie znać, a i tak będzie dla mnie kimś niesamowitym, przynajmniej na tym polu, bo nie stoi w miejscu, co akurat w tym momencie robię ja. Uwielbiam rozmawiać o pasjach innych ludzi, pytać o ich plany na przyszłość, a nawet na popołudnie (zapytajcie moich znajomych, im to pytanie musi wychodzić już bokiem). Fascynuje mnie to i jeszcze bardziej zachęca do osiągania własnych celów. Ale problemy te nie zawsze są takie górnolotne: czasem zdarza mi się, że po prostu nie mam ochoty spojrzeć na jakąkolwiek książkę, a tym bardziej wyciągnąć po nią rękę i czytać. Wtedy zazwyczaj ląduję przy komputerze i gdy już tak siedzę i siedzę w internecie, to zdarza mi się znaleźć jakiś ciekawy blog czy kanał o książkach. Po przeczytaniu/obejrzeniu momentalnie nachodzi mnie ochota, by wrócić do tej odrzuconej książki, spojrzeć na nią miłosiernie i przeczytać całą. A nawet dwadzieścia takich. Zdarza Wam się coś takiego? To uczucie jest niesamowite - internet może mieć na nas czasem naprawdę świetny wpływ. Ale, ale: nie zawsze to wszystko działa. Bywa tak, że ktoś Cię zachwyci, chcesz mu dorównać, jesteś pełen pozytywnej energii, ale gdy przyjdzie co do czego, to znowu lądujesz w martwym punkcie. I jak tu działać?



Początki są najgorsze


I jest to prawda uniwersalna: nieważne, czy mówimy o nowej szkole, wyprowadzce z domu czy napisaniu nowej notki na blogu. Skupmy się może na tych pozornie błahych trudnościach, takich jak właśnie ta ostatnia z wymienionych. Miewam naprawdę duże problemy z tym, by zasiąść do pisania czegokolwiek. I nie kończy się to tylko na blogu: chociażby dziś, dwie godziny przed rozpoczęciem tego posta, pisałem wypracowanie na polski. Zbierałem się do tego aktu już od kilku dni, ciągle się jakoś od tego wykręcając (i nie chodzi tu o problem "głupiego zadania domowego", bo wypracowania pisać uwielbiam), aż w końcu zebrałem się i "przełamałem największą trudność", jak na próbnej maturce (nie mówmy o tym). I gdy już zacząłem pisać, to jak zwykle przekroczyłem narzuconą sobie orientacyjną długość tekstu. Żadnych problemów z weną, wszystko wygląda przyzwoicie, a kilka liter złożyło się nawet w parę Mądrych Słów. No i pojawia się tu niecenzuralne pytanie, które zastąpię innym: no i o co chodzi? Co mnie tak odpycha od rozpoczęcia pracy, okno Worda? Niekoniecznie, jakoś zawsze się z nim kumplowałem. I takie przykłady mogę mnożyć i mnożyć, bo albo okno nowego posta w Bloggerze jest dzisiaj brzydkie, albo za zimno na zewnątrz, żeby wziąć aparat i sfotografować świetną mgłę na łąkach, na którą czekałem już tak dłuuugo. Zastanówcie się razem ze mną, ile świetnych pomysłów utraciliście przez tę głupią niechęć. Może zdołuje to Was tak jak mnie, ale może również i Wam da kopa, by sobie na to nie pozwalać. Szkoda naszego potencjału. Bo przecież jesteśmy super.



Daj się osaczyć

Ale w takim pozytywnym sensie: niech inspiracja otacza Cię z każdej strony. I choć to słowo na "i" rzeczywiście pojawia się ostatnio na blogu do porzygu, to rzeczywiście zdałem sobie sprawę z tego, jak ważne jest dla mnie. I choć stwierdzanie, że "czerpię inspirację ze wszystkiego i jestem oryginalną miłośniczką alternatywy, słucham Arctic Monkeys" może być oklepane, to w sumie dlaczego nie? Daj się otoczyć inspiracją, daj się jej osaczyć, choćby wypływała z najbardziej typowych źródeł. Nie zapominajmy też, jak wdzięczną kopalnią jest tutaj internet: łapcie pomysły od innych, zapisujcie je, twórzcie coś nowego z tego, co już było. Ja na przykład wraz z tymi refleksjami postanowiłem wrócić na Pinteresta (zobaczymy na jak długo), bo i tak zauważyłem, że spędzam tam ostatnio więcej czasu przy moim Procesie Twórczym ;) Zachęcam Was do podpatrzenia, choć jestem pewien, że znajdziecie tam jeszcze gimbusiarstwa z 2012 roku, bo to był mniej więcej czas, kiedy siedziałem tam w miarę regularnie. Cóż, czas zrobić porządki i poszukać czegoś nowego ;) Oprócz tego tradycyjnie zapraszam Was na mojego Instagrama, gdzie często dzielę się tam czymś ciekawym do obczajenia (tu też chcę się znowu uaktywnić, a kilku obserwatorów więcej na pewno mnie do tego zmotywuje! ;)) i oczywiście Tumblra, który wciąż pozostaje dla mnie kopalnią inspiracji numero uno, a nawet na Snapchata (kod i nazwa w ramce po prawej), gdzie zawsze podzielę się z Wami jakimś filmem czy serialem, nieważne jak beznadziejne oświetlenie będzie mi przy tym towarzyszyć :D

O, na miniaturkach widzę, że prezentuję się bardzo kobieco, ale to wszystko inspiracje do nowej sesji zdjęciowej, szczegóły niebawem! :)


A jak jest u Was? Co najbardziej Wam pomaga w podobnych kryzysach? Może przypominacie pod tym względem mnie? A może macie właśnie jakieś inne sposoby na utrzymywanie motywacji? Podzielcie się koniecznie!



PS. Żeby regularnie motywować się fotograficznie, a jednocześnie rozwijać, planuję zacząć fotograficzne wyzwanie zrobienia jednego zdjęcia codziennie przez 365 dni. Nie nastawiam się, że wytrwam, ale chcę spróbować ;) Efektami będę dzielił się na stronie tookapic.com oraz na moim wspomnianym wyżej Instagramie. Życzcie mi powodzenia!