Nic nie może przecież wiecznie trwać - czasami na szczęście. Są takie serie, które towarzyszą nam od dawna i wydają się nigdy nie skończyć. Tak było z Domem Nocy. No, może nie jest to formuła na skalę Sagi o Ludziach Lodu, ale dwanaście tomów to jednak trochę jest, prawda? Seria, którą zacząłem w gimnazjum, która długo mnie bawiła, potem irytowała, a potem znowu miała kilka lepszych momentów, w końcu niespodziewanie (bo nie obserwowałem już premier ostatnich tomów na bieżąco) doczekała się tomu ostatecznego. Brzmi to patetycznie nie bez powodu: autorki momentami przesadzają z wyniosłością w książkach młodzieżowych, ale o tym za moment. Czy Wyzwolona jest godnym zakończeniem jednej z najpopularniejszych serii o wampirach? Nie jest źle, o.

Zoey trochę świruje, bo przypada jej rola Tej, Która Musi Uratować Świat Przed Ciemnością (I Tą Zołzą Neferet). Nie sprzyjają jej w tym wewnętrzne konflikty moralne, a wspomniana zołza chce zrobić sobie z Tulsy królestwo, a za tymczasowy pałac służy jej hotel, w którym prowadzi rzeź za rzezią. Na nastoletniej adeptce ciąży wielka presja, prastara magia, która ma jej służyć za pomoc, tylko ją przerasta. Ale na pewno wszystko jakoś będzie trzymać się kupy, dopóki przy dziewczynie stoi jej baranie stadko, przyjaciele, na których zawsze może liczyć.

Dom Nocy to nie lada huśtawka emocji rezerwowana dla czytelnika: seria miała wiele wzlotów i upadków. Wielu z niej zrezygnowało, a część z nas wciąż coś do niej ciągnęło. Jestem osobą, która niemal zawsze brnie do końca ze wszystkim, co zacznie, dlatego po prostu nie mogłem odstawić losów wampirów z Tulsy na półkę przedwcześnie. Co więcej, nie był to przymus: większość tomów spisanych przez duet Cast czytałem w gimnazjum i te ostatnie części czytane w liceum przywodziły mi na myśl wiele przyjemnych odczuć z tamtego czasu. Został mi jakiś sentyment do przygód Zoey i spółki. Dowiadując się o polskiej premierze ostatniego tomu, Wyzwolonej, z jednej strony krzyczałem w duchu "nareszcie!", a z drugiej czułem, że zamyka się kolejny etap mojego późniejszego dzieciństwa (obecnie, w wieku osiemnastu lat mówię o okresie dzieciństwa bardzo późnego i proszę to zaakceptować albo śmiać się ze mnie poza przestrzenią tego tekstu). Nie powiem, byłem ciekaw, co autorki zafundują na zakończenie.

Moje odczucia są trochę mieszane. Poprzedni tom prezentował się naprawdę przyzwoicie. Ten stoi na podobnym poziomie, ale czegoś w nim zabrakło. I mam na to najprostszą, najbardziej błahą i najbardziej subiektywną odpowiedź: zabrakło Afrodyty! Mojej ulubionej bohaterce, która rozjaśniała nawet najsłabsze tomy serii, autorki bardzo poskąpiły miejsca w książce. Owszem, pojawia się regularnie, ale nie mówi już tak wiele, stoi trochę bardziej z boku. Rzeczywiście, trzeba przyznać, że dojrzała, ale nie trzeba była redukować przy tym humoru, za który większość czytelników ją pokochała. Wspominałem na początku o patosie: widoczny jest w całej serii, ale w finale jakoś się uwydatnia. Może to kwestia tłumaczenia, a może nadużycia stylu pisarek. Przez to dialogi bywają sztywne, a opisy obrzędów dość schematyczne.

Da się to jednak przeżyć dla całego humoru i świeżej energii płynącej od bohaterów. Mimo większej dojrzałości, to wciąż ci sami, czasem dziecinni, nastolatkowie. Tu trzeba ukłonić się Kristin Cast: to ona odpowiadała za oddanie młodzieżowych realiów w całej serii i poradziła sobie na tym polu naprawdę dobrze. Częste żarty, lekka wulgarność i typowe dla młodych problemy podtrzymują, że wciąż jest to seria o nastolatkach dla nastolatków. Co lepsze, w tym tomie nie było ani jednej irytującej mnie postaci! Nawet Stark jakoś się uspokoił. Każdy coś robi, stara się o najlepsze dla siebie i bliskich, i w końcu zaczyna się to jakoś układać. Bardzo intrygująca jest ta druga strona: Neferet i jej chore dążenie do władzy. Terror, jaki sieje, jej potęga i charyzma, czasem trochę przerysowana, wciąż wzbudza zainteresowanie w czytelniku i nadaje Wyzwolonej spójność. Ciekawą nową postacią jest Lynette: jedna z ludzkich zakładniczek Neferet, starająca się wkupić w jej łaski, by przetrwać. Zrobiło się tu miejsce na syndrom sztokholmski, a ciekawy wątek tej bohaterki nadawałby się nawet na kolejną nowelkę z cyklu. Lynette stoi gdzieś pomiędzy dobrem tulskiego Domu Nocy, a złem sianym przez Neferet. Wszystkie jej działania są jednak spowodowane obawą o własne życie. Autorki wprowadziły do powieści ciekawy portret psychologiczny, szkoda że tak późno.

Koniec końców, Wyzwolonej będę bronił. Jeśli myślisz nad przeczytaniem jej, na pewno przebrnąłeś już przez wszystkie tomy Domu Nocy niezrażony albo jesteś bliski mety. Nie zrażaj się: finał będzie Ci się czytało przyjemnie i z pewnym spokojem. Autorki zapewniły Ci bardzo miłą okazję do pożegnania się z Zoey i spółką. Możesz przeczytać ten tom w następstwie książkowego kaca albo jak ja: pogodzony z całą Tulsą. To była bardzo długa, ale ciekawa podróż, panie Cast, dziękuję Wam za nią.



Ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Redeemed | Autor: P.C. Cast i Kristin Cast | Liczba stron:  352 | Wydawca: Wydawnictwo Książnica